3 marca 2018

Co było gdyby... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-02-27

Zawsze gdy w telewizorni leci odcinek w stylu "co by było gdyby główny bohater w kluczowym momencie swojego życia zrobił coś inaczej" nachodzi mnie pytanie - które wybory mojego życia miały kluczowe dla niego znaczenie. Podejrzewam, że fakt, że dzisiaj na śniadanie zjadłem kanapkę ze szprotem w sosie pomidorowym nie miało najprawdopodobniej żadnego znaczenia, ale fakt, że hajtnąłem się z dziewczyną poznaną na dyskotece już raczej był kluczowy.

Czytałem kiedyś dosyć stare opowiadanie jednego z jeszcze radzieckich pisarzy SF, oczywiście jak zwykle nie mogę sobie przypomnieć ani tytułu, ani autora, w którym grupa studentów chyba politechniki moskiewskiej, buduje - w sumie dla zabawy, urządzenie które potrafi znaleźć taki właśnie kluczowy moment w życiu i ekstrapolować prawdopodobny przebieg zdarzeń gdyby stało się co innego. Okazuje się, że jeden ze studentów spotkał dzień wcześniej w metrze dziewczynę, z którą zamienił kilka słów i zabrakło dosłownie jednego zdania by okazało się, że dziewczę to mogło być miłością jego życia. Od tego czasu koleś jeździ tym nieszczęsnym metrem w poszukiwaniu tejże kobiety.

Innym przykładem z literatury niepoważnej jest urządzenie "wotif" znane z niezbyt popularnego w Polsce komiksu o przygodach pewnego włochatego kosmity z planety Melmak imieniem Alf. Tam wystarczyło zadać pytanie w stylu "co by było gdybym zjadł na śniadanie tuńczyka zamiast szprota", a już urządzenie raczyło nas holograficzną opowieścią o możliwych konsekwencjach tego czynu.

Szkoda, że urządzenia tego typu to raczej bardziej sfera magii niż nauki, bo nigdy nie przekonam się do czego doprowadziły moje wybory. Czy rzeczywiście dobrze się stało, że dokonałem niektórych wyborów, a które dziś uważam za złe? Być może niektóre z tych, które uważałem za trafne wcale nie były tym, co w rezultacie przyniosło mi najwięcej szczęścia? Być może najważniejszy punkt mojego życia był tak niepozorny, że podobnie jak ten biedny student po prostu go przeoczyłem? Czy tylko ja sobie zadaję takie pytania?

P.S. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Ciągle jestem chory i ciągle czekam na narodziny drugiego synka.

„Wasze matki, wasi ojcowie” (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-06-20

Taaaak, tytuł od razu sugeruje o czym ma być. Przyznaję się więc do konformizmu i postanowiłem sam wypowiedzieć kilka słów w tej jakże ostatnio popularnej materii. Serial o podobnym tytule jak moja notka zdaje się widziało kilka milionów Polaków - w tym i ja (no dobra, umknął mi początek pierwszego odcinka). Było to pierwsze moje spotkanie z filmem realizowanym przez Niemców o II WŚ, byłem trochę ciekaw jak oni to widzą (bo że widzą to inaczej niż my to nie ulega żadnej wątpliwości). Notka zawiera całkiem sporo elementów spoilera, jeśli więc ktoś chciał zobaczyć ten mini serial, a nie chce znać szczegółów może sobie spokojnie wrócić do tego tekstu później.

Chyba wszyscy wiedzą, że akcja serialu opowiada o piątce przyjaciół z Berlina i zaczyna się 1941 roku. I choć nasz wrodzony, narodowy mesjanizm każe nam uważać za początek II WŚ 1 września 1939, to jednak reszta świata woli 1940, a jeszcze inna 1941 rok. No cóż. Wbrew chęciom wielu z nas nie jesteśmy pępkiem świata. Wracając jednak do meritum tego akapitu – jednym z piątki jest Żyd, co wydaje się raczej mało prawdopodobne w hitlerowskich Niemczech w 1941. Mało prawdopodobne nie oznacza jednak niemożliwe, a przecież nie jeden film przedstawia wydarzenia nie tylko mało prawdopodobne, ale i wręcz sprzeczne z wszelkimi prawami fizyki. Takie już są uroki filmu. Nie mniej jednak to właśnie perypetie Żyda wzbudziły w Polsce największe kontrowersje, ale o tym później.

Kolejni dwaj bohaterowie serialu to bracia i zarazem żołnierze wermachtu, z których starszy jest oficerem. Dla mnie akurat ich perypetie były najciekawsze, bo pokazują ich wewnętrzną przemianę. Starszy, początkowo jest przekonany o słuszności prowadzenia wojny z ZSRR i wierzy w rychłe zwycięstwo na Armią Czerwoną. Młodszy czuje się trochę zmuszony do uczestnictwa w całym tym cyrku i nie akceptuje wszystkich okrucieństw wojny, z mordowaniem cywili na czele. Pod wpływem wydarzeń sytuacja się zmienia. Starszy (że też kurde nie zapamiętałem jego imienia...) coraz bardziej zaczyna dostrzegać bezsens walki, natomiast młodszy staje się zimnokrwistym mordercą, który na rozkaz zabije nie tylko wrogiego żołnierza, ale też i cywila, nie oszczędzając kobiet i dzieci. Starszy po bitwie pod Stalingradem dezerteruje (choć szybko zostaje złapany i wcielony do batalionu karnego), natomiast młodszy mimo iż mógł wrócić do Berlina po postrzale w klatkę piersiową po rekonwalescencji postanawia wrócić na front. Jest właściwie wrakiem człowieka, który żyje już bardziej tylko odruchowo, a rozkazy wypełnia beznamiętnie jak automat. Jedyny moment, kiedy można go posądzić o jakieś bardziej ludzkie odruchy, to ten, gdy w Polsce spotyka kolegę Żyda i zamiast go zabić posyła kulkę swojemu oficerowi, który zaszedł kolegę od tyłu. Jego historia jest tym bardziej dramatyczna, że i on zaczyna wreszcie ponownie dostrzegać bezsens wojny, gdy na kilka dni przed jej końcem wyrusza na patrol z jakimś dziadkiem i dwoma dwunastolatkami. Ginie pokazując gówniarzom, że wojna to nie zabawa. Starszy braciszek z kolei tuż przed klęską wermachtu idąc w ślady młodszego brata (może scenarzyście zabrakło już pomysłów?) zabija oficerka, który prowadził jego karny batalion i ponownie dezerteruje. Do Berlina wraca już po zakończeniu wojny.

Na szczęście piątka przyjaciół nie oznacza piątki gejów. Panowie mieli więc do towarzystwa dwie koleżanki. Jedna z nich została pielęgniarką na froncie, natomiast druga... delikatnie rzecz ujmując dupczyła się z oficerem gestapo, żeby wydupczyć dla Żyda pozwolenie na wyjazd z deutschlandów.
Dziewczyna co została pielęgniarką niestety nie popisuje się miłosierdziem denuncjując żydowską lekarkę, którą sama zatrudniła do pomocy przy opatrywaniu rannych (ok, początkowo nie wiedziała, nie tylko o tym, że to lekarka, ale też i że żydówka – wzięła ją za obytą pielęgniarkę). Początkowo jest nawet z tego dumna. Później nachodzi ją refleksja i przez resztę serialu próbuje zmyć swoją winę. Ogólnie postać mało ciekawa.

Z Piosenkarką sprawa miała się zgoła inaczej. Z jednej strony była dziewczyną kilkakrotnie wcześniej wspomnianego Żyda. Z drugiej strony kochanką gestapowca. Chciała wykorzystać drugiego, żeby pomóc pierwszemu. Załatwiła dokumenty, za to załatwiono jej występy dla żołnierzy na froncie wschodnim (nie była zadowolona). Zobaczywszy na własne oczy jak wali się front wschodni wraca (nie bez problemów) do Berlina. Tam wkurza swojego kochanka, za co on odwdzięcza jej się wpakowaniem do więzienia, a później plutonem egzekucyjnym. Podobnie jak postać pielęgniarki – mało ciekawa, choć bardziej dramatyczna.

Historia Żyda jest za to najbardziej wykręcona i nierealna z nich wszystkich. Gdyby nie on, serial pewnie przeszedł by w Polsce bez echa. Można więc powiedzieć, że to on narobił bigosu (który potem i tak pomylił z gulaszem). Po tym jak piosenkarka załatwiła mu papiery miał nawiać do USA i ściągnąć tam swoich rodziców. Niestety kolega gestapowiec postanowił mu to trochę utrudnić i nie tylko najpierw go aresztował, ale wręcz skierował go okrężną drogą. Do któregoś z niemieckich obozów zagłady na terenach polskich okupowanych przez III Rzeszę. Podróżując sobie niewygodnie w bydlęcym wagonie poznaje dziewczynę, Polkę (chyba Polkę, choć generalnie jej polski był bardzo słaby), z którą postanawia opuścić swoją nową, acz tymczasową niewesołą kompanię. Idzie im nieźle aż do czasu, gdy trafiają do stodoły pewnego chłopa, który chciał ich wydać Niemcom. Sytuację ratuje (teoretycznie) syn chłopa, który przekazuje ich dalej żołnierzom AK (z których najwyżej jeden mówił po polsku bez silnego akcentu). Dziewczyna ukrywa przed akowcami, że jej nowy chłopak to Żyd, choć ten ostatni nie wie dlaczego. Z czasem okazuje się, że akowcy do których trafił nie pałają specjalną miłością do starowierców. Można wręcz powiedzieć, że odnoszą się do nich z nieco więcej niż nieukrywaną niechęcią. I teraz dochodzimy do sceny, która tak bardzo zabolała co poniektórych. W czasie jednej z akcji partyzanci napadają na pociąg, w którym w bydlęcych wagonach przewożeni są ludzie w pasiakach. Jedno zerknięcie i już wiedzą, że to Żydzi, i że nie chcą ich z tych wagonów wypuścić bo „Lepszy martwy Żyd niż żywy”. „Nasz” Żyd początkowo nie chce się ujawnić, ale gdy partyzanci odchodzą na kilkadziesiąt metrów on zawraca, otwiera wagony i pozwala uciec ludziom w nich zamkniętym (koniec bulwersującej sceny, publiczność niemiecka wiwatuje, polska gwiżdże). W pierwszej chwili wydaje się, że partyzanci mają to w dupie, ale gdy akcja przenosi się do ich bunkra wyrzucają ze swojej brygady „naszego”. Okazuje się, że koleś kolejny raz miał farta, bo po kilku chwilach do bunkra wpada brygada młodszego z dwóch braci. Żyd chce wracać i pomóc swoim niedawnym kompanom, ale na swoje szczęście wpada na młodego, który najpierw ratuje mu dupsko (choć wcale nie było pewne, że go nie zastrzeli), a potem każe zjeżdżać, gdzie pieprz rośnie. Koniec końców Żyd ląduje w Berlinie tuż po zakończeniu wojny. Okazuje się, że jego rodzice wylądowali w jednym z obozów koncentracyjnych, piosenkarka nie żyje, a gestapowiec został urzędnikiem państwowym, który pomaga odbudować Niemcy po upadku III Rzeszy (oczywiście gestapowiec dalej jest gnidą).

Serial wielokrotnie pokazuje do jakich okrucieństw byli zdolni nie tylko żołnierze SS, gestapowcy, czy wermacht. Dostaje się też i po dupsku Ukraińcom i ich nazbyt gorliwym w pomocy niesionej okupantom komandach (też w jednej, krótkiej scenie, ale zawsze). Nikt w tym serialu nie okazał się być kryształowo czysty, każdy za to był ludzki. Niemcy pokazani w tym serialu są zarówno mordercami, tchórzami jak i bohaterami. Niektórzy są pełni nienawiści i nieomal religijnie wierzą w swojego wodza inni nie wahają się pod groźbą kary śmierci wprost mówić o tym, że mały koleś z wąs ma coś nierówno pod sufitem. Są tam ludzie mądrzejsi i głupsi. Słowem – cały przekrój niemieckiego społeczeństwa. Nic dziwnego – w końcu to niemiecki serial. Dziwię się zatem, że żądamy, żeby niemiecki serial o Niemcach opowiadał wielowątkowo o wszystkich narodowościach biorących udział w konflikcie. Rzeczywiście kontekst w jakim pokazano żołnierzy AK jest bardzo niefortunnie dobrany. Niestety jak pisałem na początku tego tekstu taka sytuacja nie była całkiem niemożliwa. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że w jednym oddziale to właśnie antysemici mieli najwięcej do powiedzenia. Zwłaszcza, że tuż przed II WŚ antysemityzm w Polsce zaczął się nasilać – co zresztą jest dość znanym faktem (polecam przeczytać cały artykuł – choć długi jest dość ciekawy, dla lubiących streszczenia niektóre ciekawsze wnioski z niego poniżej). Również po wojnie nie daliśmy starowiercom wytchnienia. Z około 3,5 mln Żydów zamieszkujących tereny II RP w przededniu II WŚ do jej końca dotrwał niewielki ułamek. Wraz z Żydami zamieszkującymi wcześniej inne europejskie kraje i ZSRR, którzy wybrali Polskę na swoje miejsce pobytu po II WŚ żydów zostało u nas około 200 tys. (nie wszyscy zginęli – część wyniosła się do Palestyny). Podczas gdy Izrael w latach 60tych XX wieku walczył z państwami arabskimi popieranymi przez ZSRR, nasz wielki wschodni brat kazał PZPR nienawidzić Żydów, dzięki czemu do końca PRL-u mogło ich zostać u nas tylko 5 tys. - resztę szykanowano tak długo aż nie wyjechali.

Przyznam szczerze, że nie rozumiem, dlaczego serial ten wzbudził tak wielkie kontrowersje. Amerykanie w swoich serialach dość często się z nas śmieją, czy wręcz opluwają i nikt nie robi z tego afery (np. „Dwóch i pół” - Charlie przeleciał Polkę, a ta zwaliła mu się w nagrodę z całą rodzinką – bo już czuła się jego żoną, „Elementary”, gdzie dwoje Polaków prowadziło pralnię, ale tak nieudolnie, że z daleko było widać, że to jakiś przestępczy interes, w „Jak poznałem waszą matkę” Barney twierdzi, że każdy dowcip o Polakach jest śmieszny, nawet jeśli nie umie się go opowiedzieć). Dlaczego do tamtego możemy mieć dystans, a do tego co wymyślą Niemcy już nie?
Ktoś wie?

P.S. Generalnie sam serial jak najbardziej da się oglądać. Wyprzedza o lata świetlne większość tego syfu co serwuje nam ostatnimi czasy rodzima kinematografia i seriale.

A w mojej głowie siedzi sobie... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-09-29

Jakoś tak ostatnimi czasy bywa, ze zmęczenie wygrywa u mnie z chęcią na niemal wszystko – w tym także na pisanie notek na tym blogu. Nie mniej jednak rozpiera mnie wewnętrzna potrzeba naskrobania czegoś od siebie, a mój leżący odłogiem od ponad roku konspekt musiałbym przeczytać od początku, żeby odnowić sobie wszystkie wątki, na co oczywiście nie mam ochoty. Pozostaje mi więc tylko naskrobać coś na tym blogu, albo do tzw. szuflady. Niestety w szufladach trzymam raczej stare części komputerowe – niektóre nawet z połowy lat 90-tych, więc pisanina się tam zwyczajnie nie zmieści. Chciałbym jednakowoż podzielić się tym co mniej ostatnio zajmowało.

Po pierwsze w moich wspomnieniach ostatnio po raz kolejny odżył mój nieodżałowanej pamięci komputer – Amiga. Po części za sprawą świetnej strony www.amigaremix.com, gdzie można znaleźć remixy z wielu gier i dem na ten komputer i za darmoszkum po legalu zassać sobie na swój znacznie nowocześniejszy komputer (polecam zwłaszcza kawałki w wykonaniu DAXXa), niestety około 90% nie da się słuchać, ale reszta jest całkiem do rzeczy. Dzięki tej stronie dowiedziałem się, że nie jestem aż tak osamotniony w swoim sentymencie do Amigi, ale i odnalazłem swoją dawną miłość - dema. Chociaż nigdy nie byłem członkiem demosceny (za chudy w uszach jestem) nie mniej jednak zawsze potrafiłem docenić dobry kawałek softu, zwłaszcza, że moje marne doświadczenie w temacie (nie mniej jednak nie jest to doświadczenie nieistniejące) pozwala mi stwierdzić jak trudne to jest zadanie. Naprawdę polecam pooglądać sobie niektóre demka z kategorii 64k (czyli programy o maksymalnej objętości 64 kilobajty, czyli tyle co cały RAM w Atari 800XL, albo 2/45 dyskietki HD, ewentualnie jakąś 1/5 tego co zajmuje ten animowany wilk w tle mojej strony). Załączam mały przykładzik - Chaos Theory. Podobno zresztą najmniejsze znane demo ma zaledwie 128 bajtów (czyli mniej więcej tyle ile pierwszy akapit w czystej postaci). Chyba tylko „Hello World” pisane w assemblerze może mieć krótszy kod.

Druga rzecz, to pewien niewielki wycinek polityki – mianowicie słynna „komisja” imć Macierewicza, której „eksperci” okazali się w najlepszym wypadku hobbystami tematu, ale na pewno nie są w nim autorytetami (prawdę mówiąc delikatne wzmianki na ten temat od czasu do czasu pojawiały się w mediach już wcześniej, a przynajmniej mam takie wrażenie, bo o tych „rewelacjach” słyszałem już jakiś czas temu).

Zauważyłem tez ostatnio pewne nasilenie pisania o sprawach dotyczących śmierci, lub ciężkich obrażeń spowodowanych u małych dzieci przez ich opiekunów. Nie wiem, czy to jakaś nowa moda, ale coś jest na rzeczy chyba, że się tak wyrażę „systemowego” bo sytuacja powtarza się zbyt często i ma zawsze podobny scenariusz. Nawet nie spróbuję podjąć się analizy tematu, bo zwyczajnie nie rozumiem w jakim stanie ducha muszą być ludzie, którzy się tego dopuszczają. Nie mniej jednak, ktoś bardziej kompetentny ode mnie powinien przyjrzeć się portretowi dzieciobójcy/dzieciobójczyni i wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.

Wreszcie na koniec znowu pozwolę sobie wrócić do spraw nieco bardziej osobistych. Mianowicie z każdym dniem stwierdzam z coraz większym przekonaniem, że ja naprawdę nienawidzę ludzi. Przykro mi, ale jakieś 90% - 99% z was jest mi kompletnie niepotrzebna do szczęścia. Potrzebne mi są rzeczy i usługi, które wytwarzacie, ale wy sami już nie.

P.S. Nie będzie dzisiaj prawdziwego peesa.

Jeszcze Polska nie zginęła...(post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-12-12

póki Polak pije... A Polak nie lubi sobie żałować, więc Polska jeszcze długo pożyje.
Przeczytałem ostatnio artykuł o tym, dlaczego Polacy piją na imprezach (wiele nie wniósł, ale kolejny raz chwalę się, że umiem czytać). Sam artykuł mało odkrywczy, ale komentarze już ciekawsze. Chciałem coś dorzucić od siebie, ale po co wysilać się na kilka słów, jak se można notkę na bloga pierdyknąć.

Mianowicie chciałem się pochwalić swoimi zwyczajami odnośnie odurzania się. Są krótkie, proste i polecam każdemu ich stosowanie. Ja po prostu tego nie robię. Nie ma żadnych przeszkód natury moralnej, filozoficznej, czy zdrowotnej które zmuszałyby mnie do stanu permanentnej trzeźwości, ja po prostu nie lubię sytuacji w której nie w pełni kontroluję sam siebie, co więcej – mimo najszczerszych chęci i dziwnych spojrzeń kolegów (czasem też i koleżanek) nie rozumiem dlaczego inni poświęcają swoją godność tylko po to, żeby nieco poluźnić swoje związki z rzeczywistością. Nie mówię, że omijam alkohol tak szerokim łukiem, że wyczuwam go nawet w dropsach produkowanych w tej samej fabryce co pralinki z wódką, bo zdarza mi się wypić odrobinkę dla smaku, co np. w tym roku sumuje się do czterech małych piw i dwóch dużych (wielu moich kumpli wypija więcej w ciągu jednej imprezy niż ja rocznie). Lubię też smak whisky (lub jak kto woli whiskey), ale tylko smak...

Przyznam się też, że jeszcze w ogólniaku nie wylewałem za kołnierz, ale pewnego pięknego dnia po prostu zrozumiałem, że mnie to nie bawi. Alkohol raczej miał tendencje nie tyle do poprawiania mi humoru, co do jego pogarszania i wpędzania mnie w apatię. Miałem jeszcze płacić za to, że będę czuł się źle? Dziwne, ale wielu ludzi nawet nie próbuje bawić się na imprezie bez picia, albo gdy to już im się przydarzy traktują to jak dopust boży. Ja wręcz przeciwnie (no może poza chwilami, gdy czuję się kompletnie zażenowany zachowaniem towarzyszy). Odkryłem to jeszcze w ogólniaku, gdy przygotowywałem się do egzaminu na prawo jazdy. Chciałem się przekonać, czy trudno jest wytrzymać na imprezie i się nie napić. Nie było trudno, było dobrze, a i cola w takich przybytkach zwykle tańsza jest od piwa. Do tego doszedł fakt, że kiedyś na imprezie dostałem dość potężnie w mordę, co bardzo mnie do tej formy rozrywki zniechęciło i jakoś tak się skumulowało, że już na studiach piłem naprawdę niewiele (poza mało chwalebnym epizodem, gdy rozstałem się z dziewczyną, która obecnie jest moją żoną, ale i to trwało znacznie krócej niż nasze rozstanie – jedyne co mnie usprawiedliwia to stan mój ówczesny psychiczny przypominający jakąś przedziwną psychozę). Więcej nawet – na studiach właśnie, w czasie gdy nieomalże wszyscy dookoła mnie zalewali pałę przy każdej nadarzającej się okazji ja doszedłem do przedziwnego w tych okolicznościach wniosku, że tego nie lubię. Że chlanie aż zwalę się pod stół po prostu jest głupie. Można sobie golnąć coś małego na poprawę humoru (co jak wspomniałem na początku tego akapitu nie specjalnie sprawdza się w moim przypadku), ale żeby zaraz się upijać? Nie dziękuję.

Jak by tego było mało to do tego żywię bardzo głęboką awersję do osób pijanych i skacowanych i nie potrafię się powstrzymać od dość chłodnego, czasem wręcz wrogiego ich traktowania (pewnie zakrada się tutaj fakt, że jestem DDA). To też pewnie nie kieruje mnie w stronę kieliszka. Nie wiem, może kiedyś dopasuję się do reszty społeczeństwa, ale na razie nie po drodze mi z tym (no i na każdą imprezę mogę bezkarnie pojechać samochodem, bo wiem, że nie będę musiał go zostawić).

P.S. W tym roku magia świąt znowu, bezczelnie próbuje mnie ominąć.
P.S.2. Nadchodzi Wielka Okupacja Kuchni i mam zamiar kolejny raz zostać okupantem.

Elektroniczne pety (aka e-papieros) – czyli rzucam palenie. (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2014-01-26

Tak się złożyło, że w listopadzie roku pańskiego 2011 słysząc to i owo o tym wynalazku zapragnąłem go wykorzystać do niecnego celu – rzucenia palenia (był to już trzeci testowany przeze mnie wynalazek do rzucania palenia). Eksperyment się niestety nie udał, gdyż niewyposażony w silną wolę nie potrafiłem wmówić sobie, że rzucam palenie, a jedynie, że zmieniam formę nałogu.

Fiasko operacji przypieczętował fakt, że niestety nie potrafiłem całkowicie zrezygnować z normalnego fajczenia i gdy tylko było to możliwe (i w kilku przypadkach, gdy możliwe nie było) udawało mi się zorganizować jakiegoś papierosa i podtrzymać więzi z bardziej naturalną formą trucizny jaką miałem w zwyczaju raczyć się od środkowych lat swych nastoletnich. Po mniej więcej miesiącu, czy też dwóch zakończyłem więc tą farsę z e-petem (nazwa I-petjest już kurde na szczęście zajęta). Trwało to aż do roku 2012...

Wtedy moje nieco już nadwyrężone nadwagą, nadciśnieniem i paleniem serce urządziło maluteńki strajk ostrzegawczy, na moje szczęście jeszcze nie pod postacią zawału, czy stanu przedzawałowego, ale i tak najadłem się strachu. Skończyło się to w każdym razie nie tylko na kolejnej próbie rzucenia palenia, ale nawet i podjęcia regularnej aktywności fizycznej. Oczywiście po raz kolejny moja silna wola okazała swą słabość i poległem w boju. Mniej więcej po trzech miesiącach. Dokładnie w tych samych okolicznościach. Ehhh...

Wreszcie nadszedł rok 2013 i mój najstarszy zaczął mówić, że jak dorośnie to też będzie palił, a mówiąc naśladował moje wypuszczanie dymu. Lubił to zwłaszcza robić wtedy, gdy znalazł jakąś barierkę i mógł udawać, że to balkon (bo w domu wolno mi było palić jedynie na balkonie). Oczywiście jako ojciec, któremu zależy na swoich dzieciach zrobiłem sobie szybką analizę – czy on mnie znowu tak często widuje z tym petem? Wyszło, że i owszem, często. Czy mogłem przestać palić w domu? Raczej nie, bo tak jakoś mam odkąd chłopaki przyszły na świat, że zdecydowaną większość stresów mam w domu, a nie w pracy... Pozostało mi więc już tylko rzucić to cholerne palenie w pizdu. Tylko wtedy nie będzie szans na to, żeby mnie dzieci zobaczyły z petem. Wybór metody był oczywisty – kolejny raz padło na e-peta, jako że dawał mi mimo wszystko najdłuższe przerwy od palenia prawdziwych papierosów (ponieważ lubię wtrącenia w nawiasach dodam tylko, że próbowałem też gum – dla mnie nieskuteczne przy rzucaniu – i plastrów, które dawały obiecujące wyniki, ale tylko przez kilka dni), sięgające nawet tygodnia. Wybrałem więc sobie termin, ustaliłem sam ze sobą harmonogram działań i przystąpiłem do dzieła. Zacząłem 2 listopada, wytrzymałem do 11 gdy zrobiłem coś, co myślałem, że położy wszystkie moje wysiłki, a tylko mi pomogło – wyciągnąłem i spaliłem peta od mojej matki. Odkryłem wtedy, że wcale nie czuję się jakoś bardziej napalony niż wtedy, gdy paliłem e-peta (wciągałem sobie wtedy liquid o zawartości nikotyny zaledwie 0,6 mg/ml za to przez cały dzień, który czasem wzmacniałem niewielkimi dawkami liquidu 1,8), a co jeszcze ważniejsze, odkryłem że mi ten papieros w ogóle nic nie dał. Ani nie poczułem się lepiej, ani nie ustał pewien niedosyt który się odczuwa przy e-kopceniu. Dzięki temu był to do tej chwili ostatni papieros jaki spaliłem. Pozwoliło mi to zacząć powolutku realizować dalszy plan rzucania.

Na początek rzuciłem swój harmonogram rzucania. Niestety jako nałogowiec o bardzo słabej woli miałem olbrzymie problemy ze zrezygnowania z nikotyny. Zacząłem stosować, różne triki i uniki, które miały na celu oszukiwanie (głównie siebie), że niby coś robię, ale tak naprawdę nie jestem gotowy na następny krok i tak dalej i tak dalej. Słowem stek bzdur mających na celu dłuższe moje trwanie w nałogu. Koniec końców miałem przestać e-jarać i w ogóle jarać z początkiem roku, a na początku roku dopiero zacząłem osłabiać sobie swoje eliksiry z i tak marnego 0,6 to jakichś śmiesznych ilości typu 0,3 mg nikotyny w każdym mililitrze. Takie moce są niestety niedostępne w handlu, musiałem więc mieszać 0,6 z 0,0, a gdy skończyło mi się 0,6 znalazłem stary i bardzo mały już (po listopadowych ekscesach)zapas 1,8. W końcu skończyły się wszystkie liquidy z nikotyną jakie były w domu i od tygodnia siedzę sobie na 100% liquidach 0,0 nikotyny. I dalej jestem uzależniony od e-palenia, choć od nikotyny już mniej (no dobra jakoś jej brak dokucza mi mniej niż się spodziewałem). Jutro Dziś skończy mi się zapas liquidu 0,0 i wtedy nie będę miał co e-kopcić. To ostatni krok na mojej drodze do osiągnięcia stanu bezdymnego i wcale mi się do niego nie śpieszy. Niestety Na szczęście (fajne to przekreślanie) tak zbudowałem wszelkie okoliczności przyrody, aby maksymalnie sobie utrudnić zdobycie eliksiru... Za kilka godzin znowu będę musiał wspomóc bój mojej słabej silnej woli rzucenia palenia, z moją naprawdę silną wolą trwania w nałogu. Współczuję mojej żonie...

Niestety, rzucanie palenia w moim wypadku miało dość destrukcyjny wpływ na moje relacje małżeńskie. Małżowina moja niezbyt sobie radzi we wspieraniu mnie w moich pomysłach – jej podejście można by opisać takim oto monologiem:
-Rzucasz palenie? To bardzo dobrze, ale jak jutro będziesz szedł po fajki to kup chleb.
To nie ze złośliwości, ona po prostu tak ma. Wracając jednak do meritum, do którego droga prowadzi przez ostatnią już dygresję. Kiedy byłem małym chłopcem, właściwie aż do czasu lat mych nastoletnich nie miałem żadnego problemu z okazywaniem swoich uczuć całemu światu. Ponieważ odczuwałem wtedy na przemian pogardę i wkurw miałem przez to więcej kłopotów niż to było warte. Aż wpierniczyłem się w takie kłopoty, że trochę mnie to pohamowało. Kolejna porcja kłopotów spowodowana tym, że nie potrafiłem swojego wkurwu trzymać na wodzy wyleczyła mnie z tego całkowicie. Oczywiście dalej go odczuwałem, tyle tylko, że nikt o tym nie wiedział. Przekuwając tą opowieść dziejącą się jeszcze w poprzednim stuleciu na czasy obecne dochodzimy do momentu, gdy mój najstarszy syn całkowicie i bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony zburzył mój bastion samokontroli i doprowadził mnie do stanu, gdy swój wkurw manifestuję wszem i wobec (choć w odróżnieniu od pradawnych czasów z początku akapitu ręce trzymam przy sobie, choć mordę drę nieprzeciętnie). Tak się złożyło, że ofiarą mojego rzucania palenia (a każde wychodzenie z nałogu budzi u wychodzącego silną chęć rozpieprzenia czegoś w drobny mak) padła właśnie ona. Za co chyba będę musiał ją przeprosić (a coś czuję, że ani kwiaty, ani czekoladki nie będą miały tutaj odpowiedniego przebicia... może SPA jakieś?), bo naprawdę było między nami już dość ostro. Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że wraz młodszym naszym pacholęciem spędziła dwa tygodnie w szpitalu, gdzie młody leczony był na zapalenie płuc. Sama również podupadła ostatnio na zdrowiu, co z kolei powodowało, że w dziedzinie wsparcia nasze wzajemne wymagania jakoś nie mogły doczekać się spełnienia. W każdym razie po kilku kłótniach na moje szczęście dalej mogę nie tylko nie pakować walizek, ale nawet i spać w małżeńskim łożu (a to dobrze, bo to najwygodniejsze wyro w całym domu jest). Żona żyje, powoli zabiera się za siebie i swoje zdrowie, a ja staram się jej w tym pomagać i nie okazywać swojego wkurwu w w taki sposób, żeby mogła go wziąć do siebie.

Reasumując – nigdy nie ma dobrego czasu na rozpoczęcie rzucania palenia. W związku z tym nie ma znaczenia kiedy zaczniesz. Każda metoda jest zła. Bo wymaga silnej woli a to w czasie macdonaldyzacji (fajny termin nie? Przeczytałem go kiedyś chyba we „Wprost” - dotyczy naszego pragnienia dostania wszystkiego natychmiast i przy najmniejszym wysiłku) wszystkiego dookoła po prostu przerasta możliwości przeciętnego zjadacza hamburgerów (ale nie tych z sieciowych fast-foodów, bo te są po prostu kiepskie). Najlepiej po prostu nie wpadać w nałogi. No chyba, że kawę – tą rzuciłem w 2008 w trzy dni. Nie piję do tej pory.

P.S. Jeśli ktoś bardzo chce znać moją szczegółową opinię na temat e-fajczenia to wystarczy poprosić. W komentarzu. Niestety napisanie jej może trochę potrwać, ponieważ muszę znaleźć jakąś wolną noc aby to uczynić.
P.S. 2 Do tej pory (znowuż od listopada!) nie mogę się pogodzić z faktem, że Dakann przestał kręcić swoje „Piątki”.

Co noc przygotowuję porcje białego proszku... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2014-02-16

Muszę być ostrożny, bo porcje powinny być dokładnie odmierzone. Często marzę o tym, żeby już nie musieć tego robić, ale to właśnie biały proszek pozwala przespać noc. Jedne noce są lepsze – wtedy wystarczy to co przygotowałem wieczorem. Często jednak muszę wstawać i przygotowywać kolejne porcje. Wszystko, by tylko przetrwać noc. Biały proszek ma swoją cholerną nazwę.

Mleko w proszku.

Dla dzieci.

P.S. Potrzebuję snu, seksu i nowej kanapy.

W dupie mam Ukrainę (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2014-02-27

I nie chce mi się nawet rozumieć (choć niestety jak zwykle z grubsza wiem o co kaman) o co tam i komu poszło. Wiem jedno – niepotrzebnie się tam wtrąca i wtrącało stanowczo zbyt wiele osób.

Co nam wszystkim do tego, czy Ukraińcom bliżej jest do Rosji czy UE? Kulturowo na pewno do Rosji. Szczerze mówiąc mam tak samo w dupie fakt, czy rządził tam Janukowycz (o którym było wiadomo, że nie jest cacy jak tylko zaczął się rozprawiać z ludźmi, którzy mu pomogli w pomarańczowej rewolucji), czy jakiś inny koleś. Dziwi mnie też fakt, że z jakiegoś powodu Ukraińcy dali sobie wcisnąć trzeciego pod rząd dyktatora (może tam jest tak straszny burdel, że inaczej rządzić się nie da?), nie dziwi mnie on jednak na tyle, bym przestał to mieć w dupie i sobie sam sprawdził.

Dlaczego więc nie mogę sprawdzić żadnych doniesień ze świata, gdzie po raz kolejny nie byłoby o tym samym? Miałem nadzieję, że jakoś szybko się to wszystkim znudzi i będzie jak z Syrią no a kto się dziś przejmuje Syrią, prawda? Doniesienia medialne pojawiają się sporadycznie i mało kogo interesują. W ogóle kto dziś pamięta arabską wiosnę? Pamiętacie o co chodziło w Tunezji, Egipcie? Może trochę lepiej w Libii prawda? Przecież to wszystko jest dokładnie ten sam mechanizm, który tylko raz się udał załatwić w miarę spokojnie, a kilka razy doprowadził do wojny domowej. I wtedy też to miałem w dupie – no może poza Egiptem i Tunezją bo chciałem się tam kiedyś wybrać na wakacje, a nie wierzyłem w to, że władzy tam nie zdobędą islamscy fundamentaliści. Na Ukrainę się nie wybieram, tak więc mam ją w dupie. No chyba, że władze przejmie tam ktoś, kto będzie mi chciał w najmniejszym choćby stopniu uprzykrzyć życie.

A jeśli ktoś pomyślał sobie, że nasza, polska „pomoc” pomoże ocieplić stosunki między narodami niech sobie przypomni pomoc jaką ofiarowali nam Niemcy w czasie stanu wojennego. Mogę się założyć, że całkiem spora część z was kompletnie jej nie pamięta. A była i to nie mała, a i tak nie przeszkadza to wielu ludziom wyciągać tylko i wyłącznie nieprzyjemne aspekty naszych stosunków sąsiedzkich. To kolejny powód dla którego mam w dupie Ukrainę.

W ogóle nie potrafię znaleźć powodu, dla którego nie miałbym mieć Ukrainy w dupie (z racji mojej pracy taka już np. Białoruś jest mi odrobinkę mniej obojętna, bo czasem z nią współpracuję).

P.S. W tej chwili najbardziej interesuje mnie mój nos. Tydzień temu miałem plastykę przegrody nosa (ze względów medycznych, bo na poprawę "urody" to raczej nie mam co liczyć) i wreszcie zaczynam dochodzić do siebie. Postaram się opisać wrażenia w ciągu kilku dni.


Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...