3 marca 2018

Jakżeby inaczej… (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2010-04-16

Pewnie ci co śledzą moje wpisy na blogu (są jeszcze tacy?) dziwią się, że do tej pory nie ma notki o śmierci imć Kaczyńskiego. Postanowiłem wyjść im naprzeciw i popełnić takową.

Z zasady wychodzę z założenia, że o zmarłych nie powinno mówić się wcale, albo mówić prawdę. Zgodnie z tą prawdą nie będę pisał, że uważałem Lecha za jakiegoś wielkiego męża stanu (bo było wręcz przeciwnie), czy za wielkiego patriotę (bo mi to wisiało). Napiszę tylko że szkoda mi, że tylu ludzi zginęło. Nie lubiłem go, nie uważałem za swojego prezydenta, ale jakoś nie przypominam sobie abym mu życzył kopnięcia w kalendarz, a już na pewno nie życzyłem tego nikomu z osób lecących razem z nim. Niestety życie toczy się dalej, tyle że bez nich.

Wkurza mnie za to dorabianie jakiejś wielkiej ideologii do tego całego zdarzenia, szukanie symboliki, wymyślanie jakichś górnolotnych porównań, a przede wszystkim robienie z Lecha jakiegoś wielkiego męża stanu. Ciekawe, czy robiono by taką aferę gdyby zabił się jadąc samochodem. Pewnie nie, bo wypadki lotnicze zawsze powodują większe emocje. Jakoś nikt nie ogłasza nigdy, żałoby narodowej bo np. w minionym tygodniu zginęło 96 osób na drogach, a skala dokładnie ta sama (dane wziąłem z sufitu, nie sprawdzajcie mnie). Prawda jest taka, że żałoba narodowa to najbardziej nieszczery rodzaj żałoby bo dotyczy tylko wypadków nagłośnionych medialnie, a liczba ofiar ma tutaj drugorzędne znaczenie. Rodziny ofiar wypadków samochodowych też nie dostają ot tak do ręki 40 tyś. złotych, nawet jeśli giną jedyni ich żywiciele. Uważam to za równie chamskie jak odprawy dla stoczniowców z Gdyni i Szczecina. Wracając jednak do żałoby – naprawdę, naprawdę mnie wkurwia. Ja nigdy nie myślałem, że to powiem, czy napiszę, ale ja normalnie już tęsknię do reklam telewizyjnych. Pierwszych kilka dni było nie do zniesienia, bo na wszystkich nieomalże kanałach w telewizorni to samo – wrak i komentarze. W radiu tylko komentarze, bo wrak można było zaprezentować jedynie jako echo sonaru (chociaż gdyby byli ludzie zdolni coś takiego odczytać „na słuch” to pewnie by puścili). Dobrze, że niektóre kanały tematyczne nie przerwały nadawania i dało się pooglądać choćby Comedy Central, czy Discovery. W radiu jakoś dało się posłuchać Eski, ale też nieszczególnie bo same smęty leciały (zresztą lecą do tej pory). Tak jak nie płakałem po papieżu, tak i nie będę płakał po Lechu. Nazwijcie mnie ograniczonym durniem, ale dla mnie najważniejsze są sprawy blisko mnie i osoby, które znam osobiście. Żaden polityk nie przejmie się moją śmiercią, chyba ,że mój rozbryzgujący się mózg zachlapie mu buty.

Z tego wszystkiego tak naprawdę to nurtuje mnie tylko jedno pytanie – co sobie myśli Jarek i co wykombinuje na czas wyborów prezydenckich, bo bądźmy szczerzy – PiS to tylko i wyłącznie od początku do końca Jarek, więc to co on wymyśli jest tam świętym prawem. Opcje ma moim zdaniem dwie – wystartować sam, wykorzystać nastrój straty jaki się wywiązał u wielu bądź co bądź naiwnych ludzi i stwierdzić, że będzie kontynuatorem polityki brata. Przyznam, ze byłoby to straszne, ale efekt wcale nie byłby taki pewny. Druga opcja to wystawić kogoś innego (np. Ziobrę) i szybko mu dorobić jakąś kampanię prezydencką (zresztą kampanie prezydenckie będą słabe w tym roku, bo czasu mało), możliwe że również w oparciu o teksty w stylu kontynuacji polityki Lecha. To mogłoby być nawet straszniejsze, bo mogłoby się udać, a ja drugiego pod rząd prezydenta z PiSu to nie przeżyję.

Z drugiej strony trochę mi żal Komorowskiego, bo spadły na niego prezydenckie obowiązki trochę wcześniej niż planował i to w dość niefajnych okolicznościach. Przyznam się, że ja jako stary tchórz to na jego miejscu zrezygnowałbym z kandydowania. Na szczęście nie jest on mną i jeszcze takich słów nie wypowiedział (i dobrze by było gdyby tego nie robił), niestety Lechu zrobił mu niezłego psikusa i może stracić część poparcia na rzecz kandydata z PiSu. Naprawdę ciekaw jestem pierwszych sondaży wyborczych zaraz po zdjęciu żałoby, bo dziś nic nie jest pewne na 100%. Swoją drogą znalazłem jeden dobry powód dla którego Lechu mógł jednak żyć – byłby idealnym kontrkandydatem dla Komorowskiego. Komorowski mógłby go swobodnie roznieść w pył, a i niepewność byłaby mniejsza.

A z tego całego burdelu to najbardziej mi chyba żal dziennikarzy i załogi, bo oni tam byli w robocie, a nie na jakiejś cholernej wycieczce.

P.S. Dalej szukam pracy, już nastąpiło naprawdę poważne rozluźnienie kryteriów z mojej strony a tu ciągle nic. Chyba wezmę i się... zacznę uczyć nowych rzeczy, bo pewnie mam za słabe kwalifikacje.

Top Secret Service (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2010-05-17

Jak już kiedyś się chwaliłem, mam blisko 25 lat „doświadczenia” w obcowaniu z diabelskimi machinami zwanymi komputerami. Jako iż jakiś miesiąc temu właśnie minęło to znamienne ćwierćwiecze chciałbym nieco wam przybliżyć jak to drzewiej bywało. Tytuł notki również nie jest bez znaczenia, a nawiązuje do dwóch najpopularniejszych czasopism o grach z lat 90-tych, czyli „Top Secret”, oraz „Secret Service”.

Rok 1985. W Polsce przedłużano właśnie ważność Układu Warszawskiego a ja odpakowywałem swój pierwszy komputer. Atari 800XL. Był dość nietypowego jak na dzisiejsze czasy koloru – czarno-kremowy, z aluminiowymi wstawkami i składał się w zasadzie tylko z klawiatury. Dziś pewnie by to określono jako „dizajnerskość”. 8 bitowy procesor taktowany zegarem coś koło 1,7 MHz, 48 kB pamięci, możliwość wyświetlania do 16 kolorów na raz, oraz zatrważająca rozdzielczość 320x192 pikseli, dźwięk w zasadzie podobny był do tego co wydobywa się czasem z PC speakera, choć chyba nieco bardziej melodyjny (bo czterokanałowy). Komputer ten zwykle żywił się kasetami magnetofonowymi z nagranymi nań w postaci dźwięku programów. Ciekawostką jest fakt, że Polskie Radio nadawało wtedy programy na Atari – można było nagrać program z radia na kasetę i on działał – oto protoplasta dzisiejszego WiFi, a nie jakieś bzdury, co to nam imperialistyczni Hamerykanie do głów kładą. Z Atarynką związany jest podobny patent jak z Commodore – w czasie wczytywania programów lepiej było wyjść z pokoju, gdyż oryginalny magnetofon był bardzo czuły na wstrząsy. Stabilniejsze pod tym względem były nieoryginalne magnetofony, przerabiane z tego co tam Polacy mieli pod ręką. Średni czas wczytania się programu to około 30 minut.

Lata 80-te w polskiej prasie informatycznej to triumf „Bajtka” – pierwszego polskiego czasopisma o komputerach. Podzielony był na kilka sekcji powiązanych z przeróżnej maści komputerami, ale moja atarynka była tam dość poważnie dyskryminowana, więc dość szybko zrezygnowałem z kupowania tego pisma.

Rok 1991. Polskę podłączano właśnie do internetu, gdy tym razem mój bracki rozpakowywał nowiuteńką Amigę 500. Był to komputer pod każdym względem lepszy od atarynki. 16-bitowy procesor o częstotliwości taktowania nieco ponad 7MHz, 512kB pamięci operacyjnej (najczęściej niewystarczającej do czegokolwiek, zwykle więc rozszerzano ją do 1MB), bardzo ciekawy układ graficzny, który przerósł możliwościami zamierzenia twórców (był dość elastyczny w programowaniu), wbudowany układ dźwiękowy. Przerastał ówczesne tzw. IBM PC 286 (w dalszych częściach w skrócie PC) o dwie klasy, w niektórych dziedzinach doganiały go 386, a ostatecznie zaczął przegrywać dopiero z 486. I mówimy tutaj o komputerze, do którego poza dodatkową pamięcią, oraz tzw. modulatorem żeby podłączyć ustrojstwo do zwykłego telewizora, w zasadzie nic się nie dokupywało. Miał wbudowaną stację dysków 3,5’’. Był beznadziejnie prosty w obsłudze (aby wczytać grę wsuwało się dyskietkę do napędu i to wszystko). Miał też graficzny system operacyjny, który był nie tylko podobny do wczesnych wersji Windows, ale i był równie bezużyteczny. Przez tą prostotę obsługi można go było wręcz pomylić z konsolą do gier.

Początki lat dziewięćdziesiątych to z kolei pojawienie się „Top Secret” i uzyskanie przez niego na jakiś czas tytułu wyroczni w dziedzinie gier komputerowych. Było to czasopismo niepodobne do żadnego przedtem i całkiem inne od tych potem (choć zdarzały się i zdarzają się nadal nędzne próby naśladownictwa). W zasadzie jedynym pismem z tych czasów, które nawiązywało walkę (w mojej opinii nawet wygrywało) z „Top Secret” był „Secret Service”. Moim zdaniem był śmieszniejszy, bardziej rozbudowany, po prostu fajniejszy. Oba pisma mają wspólną historię, choć ta z SS była pod koniec istnienia o wiele bardziej „brudna” niż ta związana z końcem TS. Do dziś redaktorzy tych pism współtworzą wiele innych redakcji o tematyce ogólnogrowej.

Rok 1996. W Polsce w tym czasie nie działo się nic ciekawego, ale na świecie właśnie skończyli negocjować traktat z Kioto, kiedy znowu ja odpakowywałem piękniutkiego, nowiuśkiego PC-ta. Wreszcie 32-bitowy procesor AMD, taktowany częstotliwością około 75 MHz (wydajność jak Pentium 90), 8 MB pamięci operacyjnej, dysk twardy 850 MB, karta graficzna z 256 kB pamięci, oraz nieśmiertelna (bo używam jej do dziś) stacja dyskietek 3,5’’. Jakościowy skok był przeogromny, no może poza dźwiękiem – PC Speaker to było przekleństwo, tak więc jedynymi z pierwszych inwestycji była karta dźwiękowa, CD-ROM i dodatkowe 8 MB pamięci operacyjnej. I tak to się toczy do dziś. Pamiętam pierwsze nagrywarki CD (mam nawet jedną taką chyba z 12-sto letnią na składzie i chyba działa), pamiętam pierwsze karty graficzne ze zintegrowanymi akceleratorami grafiki 3D (miałem nawet taką, nawet sobie nie wyobrażacie co to był za szał, a właściwie to chyba nadal ją gdzieś mam). Mój pierwszy dysk twardy miał 850 MB, ostatni 1,5 TB, czyli ponad 1500 razy więcej. Miałem w rękach kilka ciekawych technologii – takich jak dyski magnetooptyczne, toczące krótką, acz przegraną wojnę o bycie nośnikiem nr 1 dla PC-tów (wyglądały jak taka gruba dyskietka 3,5’’, ale w środku miały coś co przypomniało płytę CD). Pracowałem na większości Windowsów (3.11, 95, 95 plus, 98, 98 SE, NT, Y2K, Me, XP, Vista), na kilku Linuksach (ale nigdy się ich nie nauczyłem), pamiętam wprowadzenie ustawy antypirackiej.

W zasadzie w czasie gdy bawiłem się już PC-tem nie ciągnęło mnie tak bardzo do czytania o grach. Potem gry mnie trochę znudziły, potem nie było czasu, jeszcze kiedy indziej nie było forsy. Teraz potrafię jedną gierkę męczyć po kilka lat (jak jest dobra), jak gorsza to maks 6 miesięcy, a nie kilka, kilkanaście miesięcznie.

W sumie to stwierdzam, że pod względem rozwoju komputerów osobistych przyszło mi żyć w naprawdę ciekawych czasach. Miałem okazję poznać wszystkie najważniejsze etapy ich rozwoju i mogę ciągle je śledzić. Wielu konstrukcji mi szkoda (och moja Amisio...), inne doprowadzały mnie do szału (cholerne Atari), a jeszcze inne są bezpłciowe (tak jak dzisiejsze PC-ty). Trochę taka nostalgia człowieka bierze jak sobie powspomina stare dobre czasy.

P.S. Jeśli kiedyś świetnie bawiliście się przy swojej Atarynce, Commosiu, Spectrumnie czy innym 8-mio bitowcu nie popełnijcie mojego błędu i nie ściągajcie emulatorów i starych gier na te maszyny. Poważnie się zawiedziecie.

Moje z pracą przeboje...(post odzyskany)

Orygialnie opublikowany 2010-08-05

Ostatnimi czasy wielokrotnie żaliłem się na łamach tego bloga jak to ciężko mi znaleźć pracę. Żeby było śmieszniej zrobiłem to tuż po tym, jak stwierdziłem, ze tylko sieroty mają z tym problem.

W końcu, gdy nadszedł dzień ostatecznego rozstania się z moją firmą zacząłem już dość intensywnie schodzić z wymagań (ot choćby tak podstawowych jak odległość do roboty poniżej 40 kilometrów). Z końcem czerwca dostałem nową robotę. 65 km od domu, w niedużej, polskiej firmie (czyli wszystko to, czego nie chciałem). Po kilku dosłownie dniach miałem jej serdecznie dość. Zacząłem w poniedziałek, a już w środę miałem objawy głębokiej depresji. Odzwyczajony przez kilka miesięcy laby od pracy byłem po prostu wyczerpany wychodzeniem o 5:40 z domu i powrotami o 16:30. Do tego stopnia, że spowodowałem dwie niewielkie obcierki moim nowym autkiem.

Po dosłownie trzech dniach wróciłem do szukania pracy, nie rezygnując jednakże ze swego nowego zajęcia. Znalazłem w dość krótkim czasie dwa ogłoszenia co do których spełniałem wszystkie wymagania. Jedno od znanego, dużego, zachodniego koncernu i drugie z jakiejś zakichanej agencji HR-owej. Ku mojemu pozytywnemu rozczarowaniu pierwszy (ekspresowo wręcz) odpowiedział koncern. Dwa spotkanka i niedawno podpisałem z nimi umowę o pracę. Wcześniej jednak zrezygnowałem z mojej nowej-starej pracy. I tu zaczyna się robić ciekawie.

Przed złożeniem wypowiedzenia zapytałem kumpla, czy w razie co nie chciałby wskoczyć na moje miejsce. Chciał, bo też od kilku miesięcy szuka pracy. Miałem więc zastępcę. Szybkie spojrzenie na wieści w internecie dotyczące wypowiedzeń i wysmarowany wniosek o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron (w razie niemca przygotowany również wniosek o rozwiązanie za wypowiedzeniem). Wniosek wydrukowany, podpisany, wypełniony jak ta lala. Słowem nie ma się do czego przyczepić. Najpierw chciałem przekazać go osobiście, ale coś mi mówiło, że szefa ciężko zastać samego, lepiej więc zrobię to przez sekretariat. Poza tym sekretariat daje potwierdzenie przyjęcia dokumentu. Jak pomyślałem, tak oczywiście zrobiłem i powędrowałem do swojego pokoju oczekując na telefon. Nie doczekałem się go tego dnia. Doczekałem się następnego dnia, ale nie telefonu, a informacji od kolegi, że szef mnie prosi na dywanik (akurat dziwnym trafem, tuż po godzinie mojego standardowego wyjścia do domu, no i wiadomość przekazana jak to się mówi za pięć dwunasta). Poszedłem. Co miałem zrobić. I tu się robi jeszcze ciekawiej.

Czułem już wcześniej, że mój szef, to burak, ale aż do tego momentu nie miałem na to konkretnego dowodu. Jednakże w czasie tego raptem pięciominutowego spotkania wyszło szydło z worka. Zaczął się wydzierać i straszyć, wyzywać od kłamców. Jako człowiek z natury kulturalny nie przyłączyłem się do tego przedstawienia. Szkoda tylko, że praktycznie nie dał mi dojść do słowa, wtedy by dostał namiary na mojego kumpla i nie musiałby się tak wściekać. Zepsuł mi trochę resztę dnia, ale nie przebił moich kotów, które postanowiły tego samego dnia rozsypać jakieś 3 kilo cukru i pół kilo bułki tartej (dokładnie je przy tym mieszając). Następnego dnia jednak przeszedł sam siebie – obraził się jak małe dziecko. Przestał się do mnie odzywać, odpowiadać na „dzień dobry”, oraz opierdalać ludzi za gadanie ze mną. Tak nieprofesjonalnego podejścia jeszcze w życiu nie spotkałem.

Zmieniając jednak trochę temat – odległość i godziny pracy były mi przecież znane, tak więc pewnie się dziwicie dlaczego zrezygnowałem... Otóż – pracując w kilku firmach odkryłem prostą metodę określania jak w nich dba się o pracownika. Jest to innowacyjna metoda i polega na sprawdzeniu... kibla możliwie najbardziej oddalonego od szefa. Jeśli nie ma w nich papieru toaletowego, to oznacza dramat. Jeśli jest papier, a nie ma mydła, i ręczników, lub suszarki do rąk to znaczy, że jest źle. Jeśli jest wszystko, to znaczy, że jest ok. Tam był tylko papier. Po drugie totalny burdel organizacyjny. Nie wiem, kto mi może wydawać polecenia, kogo mogę zignorować, co jest ważne, co ważniejsze, co i jak mam robić po kolei. Czasem wpadał szef sprawdzić co i jak, częściej nie. Brak rozliczanych nadgodzin, które zresztą chętnie były przydzielane. Do tego człowiek jest odpowiedzialny za wszystko czego się dotknął, nie ważne, czy tylko poprawiał coś po kimś, czy zrobił to od początku. A już naprawdę mnie wnerwił telefon od dostawcy. Na moją prywatną komórkę. Jakim kurwa prawem?! Ja sobie cenię swoją prywatność i to bardzo. Sprawy nie poprawiał też osobnik, który jakoby miał być moim kierownikiem, ale w ogóle się do tego nie poczuwał. Miał wszystko tak głęboko w dupie, że już wychodziło mu to gardłem. Do tego jak tylko szef dopierdalał mi jakąś nową robotę, to tylko złośliwie się uśmiechał i starał się zepchnąć też na mnie wszystko to co sam dostał nowego.

Jednak naprawdę najgorsze to były dojazdy. Teraz będę pracował w miejscu, które mijałem ostatnio dwa razy dziennie o 6:05 i o 16:00. Tylko, że będę się tam teraz pojawiał o 7 i wychodził o 15. Godziny pracy dokładnie te same, ale droga o 75% krótsza. To robi wielką różnicę. No i wreszcie znowu w dużym zachodnim koncernie. Kompletnie nie kumam serii artykułów jakie pojawiły się chyba w zeszłym roku na WP, jakoby ludzie w moim wieku spierdalali z korporacji, bo tam się tylko haruje, a w małych firmach jest lepiej. Gówno prawda. W małych firmach udzieli panowie i władcy – właściciele – pozwalają sobie zdecydowanie na zbyt wiele, często nie mając zielonego pojęcia o zarządzaniu personelem. W dużych polskich firmach nie jest wiele lepiej, choć przynajmniej udają, że starają się przejąć zachodnie wzorce. Możecie mi wierzyć lub nie, ale zachodnie firmy są o wiele, wiele lepsze niż to co oferują nam rodzimi biznesmeni – przynajmniej w sferze zarządzania personelem. A już do ciężkiej wściekłości doprowadzają mnie umowy na czas określony dłuższe niż na trzy miesiące. Zawsze to wykorzystuję przeciwko takim cwaniakom.

Reasumując – patrzę z nadzieją na to co może mnie czekać w nowej robocie. Trochę mnie przeraża okres próbny, bo nie zawsze musi się skończyć zatrudnieniem, ale dam z siebie wszystko.

P.S. Wygląda na to, że będziemy z żonką mieli chłopca. Przegrałem zakład, bo obstawiałem dziewczynkę – stawką było imię dziecka. Jako, że już się nie przyda, to się pochwalę, że dziewczynka miała nazywać się Joanna Antonina.

Wstałem rano... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-01-09

Dzisiaj rano o godz. 4 zbudziła mnie moja małżonka. „Mam skurcze” powiedziała. Nie muszę nadmieniać, że o tej nieludzkiej porze jedyne pytanie jakie mi przyszło do głowy, a nie wydawało się jakoś skrajnie głupie brzmiało:
- Jak często? - co zapoczątkowało mniej więcej taki dialog:
- Co 10 minut.
- Aha. To pewnie fałszywy alarm, jeszcze nie ma się czym martwić.
- Ja chyba jednak wstanę.
- Dobra, obudź mnie, jakby zrobiły się co 5 minut.
- Dobra.

Niestety wiedziałem, że już nie zasnę i jakieś 5 minut później dołączyłem do małżowiny w czuwaniu. Skurcze jakoś nie miały dość przyzwoitości aby o tej nieludzkiej godzinie dać sobie spokój z męczeniem szacownej mej lepszej połowy. Na wszelki wypadek zaliczyliśmy prysznic i mycie ząbków. O godzinie 5:30 skurcze, które doszły do wniosku, że to już bardziej ludzka pora zagęściły się do około 5 minut. Szybki wniosek – won do szpitala.

Przy wejściu do szpitala witają nas dzwony pobliskiego kościoła – jest szósta rano. Zmierzamy do izby przyjęć, gdzie po krótkim badaniu zapada decyzja – żona zostaje, zaczyna się akcja.

Z początku wszystko zaczynało się niemrawo, nawet dało się zdrzemnąć na kilka, kilkanaście minut. Wydaje się, że nie dające małżowinie spokoju skurcze to jakaś lipa, o większym znaczeniu psychologicznym, niż fizycznym.

Około godziny 10 skurcze nasilają się, żona zaczyna odczuwać w ich trakcie wyraźny ból, widać, że to nie przelewki. Koło dziesiątej trzydzieści udało mi się wypalić ostatniego papierosa, gdy wróciłem do niej wiedziałem już, że aż do końca z nią zostanę, bo jak wyjdę, to albo coś przegapię, albo zwyczajnie nie będę miał po co wracać, bo głowę urwie mi demon, który mógłby w czasie mojej krótkiej nieobecności zająć miejsce małżowiny. Skurcze zagęściły się do mniej więcej jednego na trzy minuty. Żona wyraźnie cierpiała, zaczęła dostawać kroplówki. Z mojego punktu obserwacyjnego widziałem, że pojawia się coraz więcej krwi. Personel medyczny przychodził dość często sprawdzać jak sobie radzi moja lepsza połowa. Około trzynastej skurcze są tak potężne, że z żonką naprawdę ciężko się porozumieć. Zaczyna jęczeć z bólu. Przy każdym z nich staram się masować jej krzyż, jednocześnie dając miażdżyć sobie palce w jej stalowym uścisku. Koło czternastej bóle są już tak silne, że w pewnym momencie czuje, że żona ścisnęła mi dłoń tak mocno, że aż coś w niej przeskoczyło. Na wszelki wypadek przełożyłem zegarek na drugą rękę, żeby nie było problemu gdyby spuchła. Jednak dalej daje jej się wyżywać na swojej kończynie, bo przecież ją boli o wiele bardziej niż mnie. Po kilku minutach jednak ból w mojej dłoni ustępuje, ból małżonki nie. Personel medyczny mimo jej wyraźnego cierpienia zmusza ją do coraz to większego wysiłku. Mimo to żona godzi się na to, instynkt podpowiada jej choć trochę co ma robić. Żałuje, że nie mogę jej jakoś ulżyć, pozostaje mi tylko zachęcać ją do dalszego wysiłku. Żona coraz częściej mówi, że już nie da rady, że ma dość, że umrze, żeby dać jej spokój. Nie mogliśmy spełnić jej prośby.

Wreszcie widać efekty jej bólu i wysiłku, to powoduje, że żonka zbiera się w sobie jeszcze bardziej, że wie, że cały jej ból i wysiłek się opłaca, że to już niedługo. Jeszcze chwila, jeszcze ostatni skurcz i o godzinie 14:54... przychodzi na świat nasz synek. Kawał chłopa, waży niecałe cztery kilogramy, jest zdrowy, silny i ładny nawet nie biorąc pod uwagę, że to noworodek. Nawet nie marzyłem o tym, że moje pierwsze dziecko będzie takie udane.

Dziękuję Ci Żono, za Twój wysiłek. Synku, witaj na świecie!

P.S. Jakby kogoś to interesowało, to rękę mam całą.
P.S.2. Sześć godzin bez peta nie boli tak bardzo jak myślałem.
P.S.3. Młody mnie lubi, w każdym razie kiedy go trzymam na rękach.
P.S.4. Żona żyje, ma się dobrze, choć jest przeokrutnie wymęczona.

„Coś się kończy, coś się zaczyna” (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-02-12

Nawiązanie do tytułu antologii imć Sapkowskiego jak zaraz się przekonacie jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Otóż chwilę po moim osobistym szczęściu w postaci narodzin synka zmarł mój nieodżałowanej pamięci Ojciec. Zmarł nagle, ale z przyczyn naturalnych.

Na mojej głowie w tej chwili znajduje się organizacja spraw spadkowych, o które w koło Macieju jestem molestowany przez rodzinkę (która paradoksalnie nie ma żadnego w spadku udziału), do tego wszystkiego Ojciec oczywiście nie zostawił testamentu. W każdym razie nic mi nigdy o żadnym testamencie nie wspomniał. Oznacza to, że będę musiał wraz z jego żoną przeprowadzić cały ten drażliwy temat. Brat się wygodnie na wszystko wypiął, bo na co dzień mieszka daleko i zrobił ze mnie pełnomocnika w tych sprawach. Z moją macochą nie wiem czy się dogadam, bo ona ma swoje interesy, a ja i mój brat swoje z tym wszystkim. Szkoda, że akurat w tej kwestii nie mam w nikim oparcia, ani pomocy kogoś, kto przez to przeszedł. Nie wiem jak zabezpieczyć swoje i brata interesy, ani jak załatwić milion innych formalności, o których już zdążyłem doczytać w necie. Skończy się pewnie tak, że będę musiał wydać skromną fortunkę na radców prawnych i prawników. Są to sprawy, które w tej chwili zaprzątają moją głowę. Dobrze, że nasz synek przynajmniej jest na tyle absorbujący, że nie łamię sobie nad tym głowy przez cały czas. Do tych spraw spadkowych brakuje mi po prostu motywacji.

Odchodząc jednak od sprawy spadku. Nie muszę chyba mówić, nie mniej jednak to zrobię – jestem zły, że tak to się skończyło. Ojciec mój zmarł w wyniku choroby, która go pochłonęła w niecałe dwa tygodnie. Zachorował dokładnie dzień po narodzinach młodego i do końca życia zdążył go zobaczyć jedynie na kilku zdjęciach, które zrobiłem komórką. Jestem pewien, że tak jak w przypadku moich bratanków, tak samo i dla moich dzieci byłby wspaniałym Dziadkiem. Niestety moje dzieci już nigdy się z nim nie spotkają, nad czym ubolewam. Dobre w tym wszystkim jest to, że choć potrafiliśmy się pokłócić, co zresztą nie raz robiliśmy, a i do czego mieliśmy okazję niedługo przed jego śmiercią, to jednak nam się nie udało. Rozstaliśmy się w zgodzie. Nie mniej jednak teraz bardzo przydałaby mi się jakaś rada od Niego, bo naprawdę nie wiem, czego On by ode mnie chciał w takiej sytuacji. Jedna jedyna rzecz, jakiej byłem pewien, to fakt, że chciał być skremowany, do czego zresztą doszło. Przy okazji – w polskich warunkach pogrzeb osoby skremowanej to chyba nawet większa trauma niż normalny pochówek. Trzeba to zobaczyć w całości, żeby zrozumieć o czym piszę.

Bardzo żałuję, że nie byłem w stanie wygłosić mowy pogrzebowej, choć z drugiej strony cieszę się, że nie musiałem. Gdybym jednak to zrobił, to przytoczyłbym słowa jakie sam wypowiedział na pogrzebie swojego ojca: „żył najlepiej jak umiał”. Taki właśnie był mój Ojciec – On właśnie żył najlepiej jak umiał. Był dobrym Ojcem i dobrym człowiekiem, choć nie należy tego mylić z dobrotliwością. Uważał, że dobry ochrzan jest najlepszą motywacją i w wielu sytuacjach miał rację (w zasadzie w ten sposób nie udało mu się tylko spowodować, żebym rzucił palenie i raz na zawsze ogolił brodę). Nigdy nad nami się zbytecznie nie rozczulał (czego efektem jest moje utykanie na prawą nogę, bo kiedy miałem ją nieźle rozwaloną po bójce z kolegą nie poszedł ze mną na czas do lekarza), ale też i nie zostawiał nas na pastwę losu gdy coś szło źle. Stworzył w moich oczach obraz prawdziwego mężczyzny, choć po latach nie był specjalnie zadowolony, że go realizuję. Dzięki niemu moimi wyznacznikami męskości są do dziś: broda, tatuaż i silne dłonie. Mam je wszystkie. On po latach zgolił brodę, tatuażu się wstydził, ale dłonie miał silne czy chciał, czy też nie.

Co ciekawe – niesamowicie nienawidził swojej roboty, ale można powiedzieć, że żył nią dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przykładem niech będzie fakt, że w jego robocie bardzo istotne były prognozy pogody. Sprawdzał wszystkie serwisy pogodowe jakie tylko wpadły mu w ręce, a które przedstawiały prognozy z różnych źródeł. Robił to nawet na urlopie. Kiedy nie było go w domu, wiele razy podawałem mu je przez telefon – i to nawet przez kilka miesięcy po tym, jak już się od Niego wyprowadziłem. Z drugiej strony praca go wykańczała, kiedy z niej wracał mógł już tylko zająć swoje ukochane miejsce przed telewizorem. Zrozumiałe, że się nie ma energii po siedemdziesięciu dwóch godzinach w trakcie których zalicza się maksymalnie pięć godzin snu. Ja kiedyś coś takiego odsypiałem przez dwadzieścia pięć godzin. On zaledwie w dziesięć.

Mam wrażenie, że to przez pracę nie mógł być takim Ojcem, jakim chciał, myślę, że to właśnie przez to oddaliliśmy się od siebie nieco w ostatnich latach. Ja z kolei wbrew pozorom nie należę do najbardziej otwartych osób na świecie, co też nie ułatwiało mu komunikacji ze mną. Dziś bardzo żałuję, że tak właśnie się stało. Chociaż w wielu kwestiach go nie zawiodłem, mam wrażenie, że mogłem być dla niego o wiele lepszym synem. Gdy sobie to uświadamiam, do mych oczu znowu napływają łzy. Wiem, że gdyby się o tym dowiedział, to swoim sposobem najpierw by mnie ochrzanił za mazanie się, a potem mi pomógł.

Przykro mi, ale nie jestem w stanie dokończyć tej notki w taki sposób w jaki chciałbym ją skończyć. Może kiedyś na miejscu tego akapitu pojawi się prawdziwe zakończenie.

10 kwietnia (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-04-12

Dokładnie 10 kwietnia 2010 roku sprzedałem swoje pomarańczowe Lambo (a co? myśleliście, że będzie o „kaczce po smoleńsku”?). Nieodżałowanej pamięci autko moje pewnie hula sobie gdzieś po wioskach województwa siejąc strach i grozę w sercu nowego właściciela. I to w zasadzie wszystko co pamiętam z tego dnia.

No dobra, żartuję, pamiętam nieco więcej i zastanawiałem się jak przebiegać będzie pierwsza rocznica owego wypadku. Na szczęście było znacznie lepiej niż się spodziewałem, bo po całej tej zeszłorocznej żałobie, która była głównie na pokaz, obawiałem się, co najmniej jednodniowej powtórki, ale by mi to zupełnie umknęło, gdyby nie to, że wieczorem, przypadkiem trafiłem na jakieś przebitki na TVN-ie i szybko je przełączyłem. No i jeszcze syreny rano zawyły i przyznaję, skojarzyłem od razu o co tam z nimi chodziło. Tyle ze smoleńska zostało w ostatnią niedzielę.

Nie pokuszę się tym razem o jakąś pełniejszą analizę faktów zebranych o tym co robili politycy różnych partii, bo zwyczajnie od dłuższego czasu nie potrafię codziennie znaleźć tej chwilki aby zaktualizować swój stan wiedzy na temat bieżących wydarzeń. Najwygodniej byłoby mi zwalić winę na mojego synka, że zajmuje mi tyle czasu, jednak w praktyce to chyba ja raczej zajmuję jego czas, bo jakoś ciężko mi się od niego odkleić (z drugiej strony jakoś tak schizofrenicznie chciałbym, aby umiał się zająć sobą sam).

Wypłynę więc na mieliznę przypuszczeń i domysłów – popartych szczątkowymi informacjami, które w jakiś tam sposób do mnie jednak się przebiły. Domyślam się, że PiSuary jak zwykle robiły borutę gdzie się da. Podobno nawet Małysz to skomentował. O rosyjskich mediach nie wspomnę. Podobno znowu była jakaś awantura pod Pałacem Prezydenckim (szczegółów nie znam i nie garnę się do nich). Co wiem na pewno, to fakt, że mieliśmy w związku z wypadkiem w Smoleńsku co najmniej trzy różne wersje obchodów rocznicy tego wydarzenia. Państwowe, PiSuarowe i rodzin ofiar. Rozumiem to ostatnie, bo sam ostatnio przeżyłem poważną dla mnie stratę. Rozumiem te pierwsze, bo zwyczajnie wypada. Nie rozumiem tych środkowych. I podobnie jak rodziny pomordowanych w Katyniu nie rozumiem po co się łączy wypadek samolotowy ze zbrodnią ludobójstwa z początku II Wojny Światowej.

Jarek w kwestii tych wydarzeń zachowuje się strasznie dziwnie. Z jednej strony oskarża na lewo i prawo swoich obecnych politycznych oponentów próbując zbić na tym jakiś kapitał polityczny, z drugiej strony nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek trafił na jakieś jego słowa o takich naprawdę osobistych odczuciach odnośnie tej sprawy (jak ktoś ma linka do czegoś takiego proszę o podrzucenie w komentarzach). Z jednej strony grzmi i gromi, że taka strata i oszustwo, z drugiej gra twardziela po którym wszystko to spłynęło jak po nomen omen kaczce. Wydaje się też, że Jarek jest sfrustrowany i to przepotężnie, że nie udało się zbić kapitału politycznego na tych wydarzeniach, ale tak naprawdę uwziął się na to i na dzień dzisiejszy wygląda to tak, jakby jedyne co miał do zaoferowania jako prezes największej partii opozycyjnej w niemałym przecież kraju to dalsze babranie się w kwestiach nieistotnych, lub ewentualnie rzucanie co jakiś czas populistycznych hasełek (a sam nie pamięta że jest w znacznej mierze współautorem dzisiejszej dziury budżetowej). Nie żebym ostatnimi czasy nie znielubił trochę PO, ale opozycję mamy jeszcze gorszą.

Jak już tak sobie jeżdżę po Jarku to jeszcze chciałbym poruszyć inną kwestię z nim związaną. Mianowicie słynna wyprawa do sklepu. Nie ma oczywiście sensu drwić z niego przy tej okazji (no dobra, jest sens, ale mi się nie chce), ale jego całkowita nieporadność w tak prostej sytuacji życiowej o czymś świadczy. Świadczy o tym jak bardzo oderwany jest od problemów zwykłych ludzi. Nie wie co to jest życie przeciętnego Kowalskiego (chociaż podobno najwięcej w Polsce jest Malinowskich), a pretenduje populistycznymi hasełkami do miana jego obrońcy. Sytuacja jest o wiele gorsza – takich polityków mamy naprawdę dużo od prawa do lewa. To jest straszne, że rządzą nami ludzie, którzy dorwali się do koryta 20 lat temu i do tej pory nie chcą odpuścić.

Wiem, że notka ta jest marnej treści i jakości, zalatuje grafomanią i w ogóle nie powinna znaleźć się w internecie. Nie mniej jednak się znalazła.

P.S. Młody dobrze rośnie i wszyscy mówią, że jest do mnie podobny.

Ucząc bawi, bawiąc uczy, a do tego wychowuje... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-05-06

Chcąc towarzyszyć małżowinie w oglądaniu na masońskiej TVN Style programu o nazwie „Trinny i Susanah ubierają Polskę” (nawiasem mówiąc kiepsko im to wyszło) napatoczyłem się przypadkiem na zwiastun (nienawidzę słowa „zajawka”) jakiegoś programu z Zawadzką (aka Superniania) o szkole. Przyznam szczerze programu jeszcze nie miałem okazji zobaczyć, nie mam zielonego pojęcia o czym ma być, ale same te przebitki wzbudziły we mnie kilka wspomnień i przemyśleń, którymi postanowiłem podzielić się z szerszą publicznością.

Zapewne tylko ci, którzy na swym siwiejącym karku noszą więcej niż 30 wiosen pamiętają jeszcze, że za PRL-u szkoła miała uczyć i wychowywać (bawić chyba nie miała). Skończył się PRL, to i skończyła się wychowawcza rola szkoły. Jedni powiedzą: to źle, gówniarzy trzeba trzymać w ryzach. Drudzy powiedzą: to dobrze, sami powinniśmy decydować jak wychować nasze dzieci. Ja z kolei na dzień dzisiejszy nie mam zdania, bo widzę oczywiste wady i zalety obu rozwiązań.

Nie to jednak było przedmiotem moich rozważań. Jako, że sam niedawno dorobiłem się potomstwa, które oczywiście jest najpiękniejsze, najmądrzejsze i najsprawniejsze na świecie, przynajmniej dopóki nie zacznie niszczyć moich rzeczy, zaczynają mnie interesować aspekty wychowawcze właśnie, bo w końcu chcę, aby syn mój wyrósł na porządnego gościa, a do tego umiejącego zadbać o swoją rodzinę i swoje interesy. Oczywiście nie uda się tego wprowadzić w czyn wszystkiego na raz, ale już powoli obmyślam strategię. Jako iż natura obdarzyła mnie niezłą pamięcią korzystam sobie z tego źródełka do woli i wracam do własnych doświadczeń próbując opracować tą swoją nieszczęsną strategię. Wnioski na razie mam takie, że wpływ na nasze dziecko tracimy mniej więcej wtedy, gdy ma ono jedenaście, dwanaście lat. Do tego czasu trzeba go nauczyć możliwie najwięcej, ale i też jak najlepiej go wychować. Potem to już dupa jest. Co ciekawe wpływ na dziecko odzyskuje się mniej więcej po ukończeniu przez nie dwudziestu lat, choć oczywiście wtedy jest już zdecydowanie za późno na wychowanie. Poza tym odzyskanie tego wpływu wcale nie jest regułą, samo nie przyjdzie i trochę trzeba o to zadbać.

Z obserwacji moich znajomych wiem, że niektórzy z nich nie zerwali się z rodzicielskiej smyczy nigdy. Rodzice mieli na nich wpływ przez całe ich życie. Nie mieli przerwy gdy byli nastolatkami. Wszyscy ci moi znajomi, którzy tego doświadczyli są wyjątkowo nieporadni życiowo. Wręcz potykają się o tą swoją wyimaginowaną pępowinę, która ciągle łączy ich z rodzicami (wszyscy co do jednego starsi ode mnie), praktycznie nie są zdolni do samodzielnego myślenia. Co gorsze wszyscy są w miarę inteligentni. Innymi słowy ta przerwa we wpływie na własne dziecko jest mu potrzebna, aby miało namiastkę usamodzielnienia się, gdyż w ten sposób jakby oswaja się z tą samodzielnością. Oczywiście nie wolno dziecku tej smyczy całkowicie odpiąć, tylko nieco poluzować, z wyczuciem, bo mnie jako nastolatkowi wydawało się, że jestem dorosły i wiem o życiu już wszystko. Kilkanaście lat później okazuje się, że ja do tej pory nie wiem całkiem sporo o tym życiu (no może tylko wreszcie dowiedziałem się, że odpowiedzią na ostateczne pytanie o życie, wszechświat i całą resztę jest liczba 42). Z trzeciej jednak strony wiem zdecydowanie więcej od malucha, który śpi w sypialni obok marząc o cyckach w kontekście póki co kulinarnym (co ciekawe jak dorośnie też powinien marzyć o cyckach – pewnie dlatego życie faceta jest o tyle mniej skomplikowane).

Wiem mniej więcej czego chcę go nauczyć. Wiem na kogo chcę go wychować. Problem polega na tym, że nie tylko zabrano mi, ale też i skutecznie obrzydzono środek wychowawczy, który jeszcze z dziesięć lat temu uważałem za wyjątkowo skuteczny, czyli pospolite lanie. Trochę interesuję się wydarzeniami na wyspach brytyjskich i wiem, że tam tzw. bezstresowe wychowanie osiągnęło apogeum absurdu i niewydolności (dzieci są tam największymi bandziorami, a przy tym są nietykalne). Problem polega na tym, że po pierwsze – nie rozumiem dlaczego dziecku ma się oszczędzać wszelkich stresów, skoro później będzie na nie narażone praktycznie codziennie, a po drugie jeśli nie mamy stracić kontroli nad własnymi dziećmi, a nie możemy wykorzystać przewagi fizycznej jaką nad nimi mamy, to ktoś nas do cholery powinien nauczyć jak to zrobić. Po kolei władze wszystkich europejskich krajów zapominają co to do ciężkiej cholery jest zdrowy rozsądek. Że posłużę się metaforą: zabierają sieci, ale nie dają wędek.

Pic polega na tym, że w wielu krajach już widzą że to był błąd, tylko nie wiedzą jak się z tego wycofać z twarzą. Ja z kolei uważam, że mniej więcej rok po urodzeniu dziecka, rodzice powinni dostać zaproszenie na obowiązkowy kurs z wychowywania i dyscyplinowania swojego dziecka bez przemocy. Nieusprawiedliwiony brak uczestnictwa w kursie powinien być karany aresztem, natomiast tym, którzy jakieś tam usprawiedliwienie mieli trzeba zaproponować takie tabuny terminów zastępczych, żeby się porzygali od mnogości opcji wyboru. Do tego kurs powinien się kończyć egzaminem. Ci, którzy oblali powinni być traktowani jak ci z usprawiedliwioną nieobecnością. Oczywiście kursy te nie powinny być dodatkowo płatne, a pracodawcy powinni mieć obowiązek udzielenia na nie bezpłatnego urlopu. Egzamin powinien być powtarzany co dwa lata aż do czasu, gdy najmłodsze dziecko w rodzinie nie osiągnie wieku 12 lat. Nie wymyśliłem jeszcze co zrobić z rodzinami patologicznymi, gdzie areszt może nie być odpowiednim straszakiem, chociaż konieczność wykopania ręcznie jakiegoś rowu, albo dwóch już mogłaby podziałać bardziej mobilizująco.

Wracając jednak do mojego młodego – mam nadzieję, że nie okaże się za bardzo do mnie podobny, bo choć będę umiał go wtedy podejść na wiele sposobów, to chyba długo z nim nie wytrzymam, bo dobrze wiem, że mam ciężki charakter.

P.S. Szkoda, że nie widzieliście tej notki o kradzieżach, którą popełniłem ze dwa tygodnie temu. Niestety, gdzieś mi ją wcięło, a ja jakoś nie miałem ochoty jej odtwarzać.
P.S. 2 Mam jeszcze kilka tematów na notki, więc jeśli znowu znajdę chwilkę czasu to powinienem coś popełnić w dość krótkiej przyszłości.
P.S. 3 Widzieliście „Jestem Bogiem”? Jak facet będąc niby tak inteligentnym mógł być zarazem takim idiotą? To się kupy nie trzyma.
P.S. 4 Jutro otwieram sezon grillowy. Że pozwolę sobie zacytować byłego premiera – niejakiego Marcinkiewicza – „yes, yes, yes!!!!”

Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...