3 marca 2018

Raz, dwa, trzy – bankrutujesz dzisiaj ty! (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-06-25

Media ostatnimi czasy w kółko i bez przerwy bombardują nas nowymi wieściami na temat bankrutującej Grecji. Mimo to, mogę się założyć, że spora część ludków, którzy o tym informują, a przede wszystkim zdecydowana większość ludków, którzy mają być tego odbiorcami nie ma zielonego pojęcia o co kurde chodzi. Do niedawna było tak też i ze mną, aż w końcu wraz z małżowiną moją zaczęliśmy się nad tym zastanawiać.

Normalnie, gdy bankrutuje firma, to wyprzedaje się jej majątek, żeby pokryć długi, albo wprowadza zarząd komisaryczny, który ma na celu to samo. Czyli sprawa jest raczej prosta. Jak to się jednak odbywa w stosunku do państwa? Czy do państwa (w tym wypadku Grecji) może wkroczyć komornik i sprzedać powiedzmy – miasto (np. Ateny)? A jak tak, to kto by je kupił i co by się stało z jego mieszkańcami? Sytuacja rodzi tyle pytań, że aż nie za bardzo wiadomo jak choćby w przybliżeniu odpowiedzieć na większość z nich, łatwiej jest więc stwierdzić, że taka sytuacja raczej nie będzie mieć miejsca (chociaż carska Rosja sprzedała kiedyś Hamerykanom Alaskę...). Czyli co? Zarząd komisaryczny? Mogliby zacząć od np. restrukturyzacji, powiedzmy mogliby zwolnić wszystkich emerytów i rencistów jako nie przynoszących dochodu, zlikwidować nie przynoszące bezpośredniego dochodu edukację i służbę zdrowia, względnie ją sprywatyzować, zacząć wynajmować wojsko jako najemników aby zdobyć dodatkowe fundusze... Nie, to też jest trochę dziwne.

Nie mniej jednak analogia do firmy jest jeszcze jedna – jeśli splajtuje firma, to potem jej nie ma. Czy na terytorium Grecji zapadnie anarchia, stanie się białą plamą na politycznej mapie Europy, a może zwyczajnie podzielą się nią sąsiedzi? Macedończycy (czy też jak wolą Grecy – Mieszkańcy Byłej Republiki Jugosłowiańskiej Macedonii) na pewno by się ucieszyli, bo mogliby się wreszcie trochę odegrać na nie uznających ich od lat Grekach (jak znacie jakiegoś Greka, to zapytajcie go o to, ale podpowiem wam, że chodzi głównie o nazwę Macedonia). Nie mniej jednak coś mi mówiło, że te rozważania też idą w ślepą uliczkę.

Ruszyłem więc do wujka Google po pomoc. Wujek wypluł wiele wyników, ale tylko cztery przeczytałem i tylko trzy mi się spodobały. Ten i ten, a i jeszcze ten, co prawda pochodzą sprzed dwóch lat i wtedy jeszcze bankructwo kraju strefy Ojro było nie do pomyślenia, nie mniej jednak w miarę krótko i treściwie opisują co się może przydarzyć Grecji, której sytuacja do złudzenia przypomina scenariusz, który kilka lat temu przeżywała Argentyna. Pikanterii sytuacji dodaje fakt, iż Grecy nie zarządzają sami swoją walutą, nie mogą więc ani dodrukować sobie pieniądza, ani zmniejszyć jego wartości. Nie będę powtarzał już tego co tam jest napisane, a jedynie zachęcam do lektury.

Jest jednak coś, czego wszyscy analitycy świata nie biorą pod uwagę, a co w czasie mojego krótkiego pobytu w Grecji parę lat temu udało mi się dowiedzieć. Grecy to w dużej części patentowane lenie. Mają tam od zarąbania zabytków z epoki helleńskiej i prawie żadnego z nich nie wykopali sami. Wykopywali je Niemcy, Francuzi i chyba Włosi, a oni sami jak już było gotowe tak ze ¾ roboty wpadali z szumem, że to ich zabytki i oni tu teraz będą kopać. Oczywiście nie kopali dalej. Jest też sprawa z pewnym mostem, co do położenia którego niestety pamiętam tylko tyle, że jeden z jego końców był na Peloponezie. W każdym razie zajebiście potrzebny Grekom most, którego też sobie sami nie postawili. Postawiło go Grekom pewne konsorcjum zrzeszające inne kraje Europy Zachodniej, i Grecy go teraz spłacają (mieli chyba na to trzydzieści lat). Do tego Grecy mają sjestę. Przez cały rok, a tylko latem jest tam nieznośnie gorąco. Ostatnia rzecz, która nie poprawia ich sytuacji, a o której dowiedziałem się stosunkowo niedawno to coś, co najbardziej doprowadza mnie do szału w Polakach – roszczeniowa postawa wobec państwa. Myślicie, że tacy ludzie zrezygnują z czegokolwiek? Nigdy w życiu!

Tak sobie rozpatrując to wszystko zastanawia mnie, czy Grecja skończy jak Nauru (mało prawdopodobne) czy raczej skłoni się w kierunku Argentyny?

P.S. Tylko sobie nie myślcie, że nie lubię Greków. Jako ludzie są bardzo fajni, ja tylko nie chciałbym ich mieć za pracowników.

Lepszy nowy przyjaciel niż stary wróg? (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-08-25

Ostatnimi czasy, w szale kampanii wyborczej, mój dotychczasowy dostawca usług telekomunikacyjnych maści wszelakiej doszedł do wniosku, iż kończy nam się umowa, która zobowiązuje go do dostarczania mi usług, a mnie do płacenia za nie. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, iż płacę za ten cały majdan jakoś dwa razy więcej niż bym chciał.

Myśląc, iż jako klient tejże firmy, od ładnych już paru lat należy mi się jakieś kulturalniejsze traktowanie niż byle gostkowi z ulicy postanowiłem się (za pośrednictwem szanownej mej małżowiny) nieco z nimi potargować. Ku mojemu zdziwieniu firma ta weszła na strasznie twarde stanowisko w tej materii ofiarując mi nie tylko usługi, których nie chcę i nie potrzebuję, to jeszcze za cenę, której nie chcę płacić. Do tego usługi, które chcę i potrzebuję mam niejako w gorszej, względnie takiej samej jakości jak potrzebuję. Wzburzony tym wszystkim sprawdzam ofertę firmy tejże w internetowni i... okazuje się, że ceny i pakiety są już całkiem przystępne. Przy następnym kontakcie, żona ma poruszyła tą nieścisłość i dowiedziała się, że są to promocje tylko dla nowych klientów.

Muszę przyznać, że to przelało czarę goryczy. Skoro firmie nie zależy na tym, żeby mieć wypróbowanych, stałych klientów, to ja to za przeproszeniem pierdolę. Mam wybór i zamierzam z niego skorzystać. U konkurencji taki pakiet jak chcę kosztuje dokładnie tyle ile jestem gotów za niego zapłacić. Oczywiście tam też drobnym drukiem, że to tylko promocja dla nowych klientów, ale ja to wszystko zaczynam mieć już gdzieś i mogę sobie co dwa lata zmieniać dostawcę usług telekomunikacyjnych, jeśli tak chcą sobie ze mną pogrywać.

Problem jednak polega na tym, że coraz częściej spotykamy się z takimi oto perfidnymi zagrywkami. Wszędzie, to właśnie ten nowy klient ma priorytet. Nie ważne jaki on jest, liczy się tylko to, żeby był nowym nabytkiem dla firmy. Muszę przyznać, że strasznie to wszystko perfidne, bo żyjemy w społeczeństwie, które wysoko sobie ceni wierność i to nie tylko małżeńską. Wielu z nas od lat jest wiernych tym samym markom samochodów, butów, ciuchów, telefonów komórkowych, partii politycznych i innym produktom nowoczesnego marketingu. Ja na ten przykład mam tą samą kartę SIM od jedenastu lat, podpowiem tylko, że jest to jeden z prepaidów. Kiedy ostatnio kupowałem sobie telefon to się zastanawiałem, czy będzie jeszcze ją w ogóle obsługiwał. Na szczęście tak było.

Skoro już jestem przy telefonach. Mój operator od jakiegoś czasu raz do roku sobie o mnie przypomina i ktoś tam od niego dzwoni próbując mnie wkurzyć i zaproponować jakąś usługę czy inne gówno, którego jak zwykle nie potrzebuję. W zeszłym jednak roku, mniej więcej w dziesiątą rocznicę naszego obcowania razem pracownica call-center tegoż operatora przebiła wszystko praktycznie mnie obrażając. Zaproponowała mi za moją „wierność” super w pizdu wyjebaną promocję. Tylko jak zagłębiła się w szczegóły okazało się, że ta super zajebista okazja to coś, co może mieć każdy, kto tylko wybierze się do salonu. Prawdę mówiąc to (jak widać choćby po bluzgach w tym akapicie) uzyskała tylko tyle, że mnie wkurzyła i się rozłączyłem. Zresztą podobnie było dwa lata temu, kiedy inna pani usiłowała mnie namówić na abonament i nie mogła zrozumieć, kiedy kulturalnie jej tłumaczyłem, że mi się to nie opłaca. Moja żona miała podobne przeboje, kiedy to wciskano jej różne pierdoły przez telefon. Nie ma co w ogóle rozmawiać z tymi ludźmi i silić się na kulturalność. Kiedy jej powiedziałem, że przecież nie musi rozmawiać z tą upartą osobą po drugiej stronie linii, wystarczy, że się rozłączy, to po kilku takich akcjach przestali do niej wydzwaniać. W każdym razie podsumowując. Kiedy tylko już jesteś czyimś klientem, nie tylko brakiem rozsądnych cen próbują cię za wszelką cenę zniechęcić do siebie. To wszystko jest zwyczajnie bez sensu. Teraz już nawet ubezpieczenia komunikacyjne, ostatni bastion poszanowania stałych klientów padł od czasu, gdy TU zaczęły wzajemnie honorować swoje zniżki.

Naprawdę zaczyna mnie irytować, że aby płacić godziwe rachunki za cokolwiek trzeba wiecznie zmieniać dostawcę usług...

P.S. W pracy normalnie roller coaster – są dni, gdy roboty jest tyle, że pracując po 10-18 nadgodzin w tygodniu człowiek się nie wyrabia, a są takie, że nie ma prawie co robić... Dziwy, dziwy...
P.S. 2 Tak w ogóle to kompletnie wsiąkłem w „Pieśn o ogniu i lodzie”. Zaczynam właśnie piąty tom, a z racji tego, że wydanie polskie będzie dopiero w listopadzie próbuję swych sił z wydaniem anglojęzycznym.
P.S. 3 O kurcze, właśnie spojrzałem, że już dwa miechy nie opublikowałem żadnej notki... Oj leniuszek ze mnie, leniuszek.

Święta w nowym wydaniu. (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-12-24

Ach cóż to jest za końcówka roku. Najpierw szukanie autka dla żony (co de facto zakończyło się naszą własną wersją „zakupu kontrolowanego”), do tego jeszcze kilka kłopotów z młodym, bo naszej pediatrzycy wydawało się, że chłopak jest opóźniony ruchowo (a po prostu chłopak się rozwija w swoim tempie). Z szukania wyszło, że: Toyota Yaris z roku 2001 ma promień skrętu tankowca i moc komara, ciężko znaleźć Corsę, która nie jest w jakiś sposób podejrzana, Micra jest jednak tak mikra jak ją piszą, Peugeot 206 mimo swojej wielkości jest dość ciasny w środku, Clio choć młode wiekiem potrafi być strasznie zużyte jeśli jeździło jako autko flotowe. Pięknie za to sprawują się tzw. „trojaczki”, czyli Aygo, 107 i C1. Jeśli najdzie mnie wena, może zrobię z tego kolejną notkę z cyklu „licencja na testowanie”, ale raczej się na to nie zanosi. Jeśli zaś idzie o młodego, to dobrze, że w tej chwili śpi. Czasami człowiek aż tęskni do tego jak chłopak był tylko małym pełzakiem, który ledwo odrywał górne kończyny od poziomu podłogi. W tej chwili potrafi już ściągnąć niemal wszystko ze stołu, co tylko trafi w ten nieszczęsny zasięg jego małych łapek. Cierpią na tym głównie nasze komórki i wszystkie piloty. Jest szansa, że młody do swoich urodzin będzie już sam chodził. I tyle by było z jego opóźnienia. W dwa tygodnie wszystko nadrobił.

No ale miało być o świętach. W końcu dzisiaj mamy (jeszcze) wigilię. Jeśli ktoś jeszcze pamięta, to pięć lat temu pisałem raczej o tym, że niespecjalnie lubię święta, na szczęście wysiłki mojej żony aby to zmienić nieoczekiwanie przyniosły rezultaty. Paradoksalnie pomogła jej w tym śmierć mojego ojca, który pożegnał się z nami pod koniec stycznia. Nie pojechaliśmy do niego na wigilię. Bracki, który siedzi sobie w krainie Irlandią zwaną ściągnął do siebie moją Matkę, więc nie mam jej na głowie. Teściowie w zasadzie jakoś ani się do nas nie wpraszali, ani nie próbowali nas ściągnąć do siebie (szwagier trochę próbował, ale odmówiliśmy). Wszystko to zaowocowało tym, że tą wigilię spędziliśmy tylko w trójkę. Jedzonko w dużej części przygotowaliśmy wczoraj, dzisiaj za to dałem ciała z rybą, nie mniej jednak nie było z tym najmniejszego problemu, bo robiliśmy tylko dla siebie, więc nie trzeba się było tak spinać. Ogólnie wyszło spokojnie i super. Nikt się nie spóźnił, młody dostał wigilijną porcję mleka i całą kolację przespał. Potem były jak zwykle prezenty. Życzyłbym sobie zawsze takich świąt, choć wiem, że to raczej niemożliwe. Co prawda obecną chwilę miałem spędzić z żoną no powiedzmy trochę inaczej, ale młody stawiał zbyt duży opór przy próbach położenia go spać, więc żonka padła razem z nim, a ja klepię ten tekst.

Trochę dałem ciała z prezentami. Zawsze się starałem, żeby były albo zgodne z zamówieniem, albo dobrze dopasowane, a tym razem zapomniałem kupić żonie drobiazgu na mikołajki, dostała więc z tej okazji płytę, którą zamówiła sobie na dzisiaj. Na gwiazdkę dostała więc: kapsel od wlewu płynu do spryskiwaczy, polską instrukcję obsługi do jej autka, a także prostownik i darmowe ładowanie akumulatora, który przez drobne niedopatrzenie udało jej się rozładować. Możecie mi wierzyć, że co się namęczyłem z tym akumulatorem to moje.

Jeszcze a propos świąt. Mimo że ludzie narzekają, że komercjalizacja tego święta przekracza wszelkie granice, to ja muszę się przyznać, że ostatnimi czasy albo się wyjątkowo uodporniłem, albo jakoś z roku na rok specjalnych świątecznych reklam jest mniej. Do tego praktycznie nie zauważyłem żeby w tym roku w sklepach pojawiały się świąteczne dekoracje. Nawet „Last Christmas” nie usłyszałem w radiu. Tylko jeden gówniarz śpiewający „Cicha Noc” zakłócił jedno z moich popołudni i do tego jakoś w środę, czyli nawet dość blisko świąt (swoją drogą – czy oni znają tylko tą jedną kolędę? ). Do tego jakoś nie trafiłem ani na Kevina, ani na Szklaną Pułapkę ani dziś, ani w zapowiedziach na kolejne dni. Czyżby polskie Święta się zdekomercjalizowały? Byłby to chyba ewenement na skalę światową. Nie mniej jednak jak już wcześniej wspomniałem może po prostu wyjątkowo się uodporniłem i do tego cierpię na wybiórczą ślepotę.

P.S. Wesołych Świąt!

Zanim napiszesz... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2012-03-04

Na początku chyba powinienem się przyznać, że jestem miłośnikiem filmu. Może nie jakimś tam wybitnym kinomanem – co to to nie, ale  lubię sobie czasem zarzucić jakiś filmik i odprężyć się nieco. Nie wiem jak większość z was moi ukopani rodacy, ale ja dość wcześnie nauczyłem się władać mową naszych braci z wysp, tak więc odkąd skończyłem osiem lat, tak dobijają mnie przeróżne tłumaczenia z tego języka.

Kwiatków takich jak „Die Hard” przetłumaczonych na „Szklana pułapka” nie zamierzam tutaj komentować – wpadki przy tłumaczeniach tytułów filmów były wyśmiewane tyle razy, że już przestało to być śmieszne. Zamierzam raczej lekko przejechać się po tłumaczach profesjonalistach i amatorach.

Profesjonaliści. Są tak zajebiści, że jak nie znają jakiegoś słowa, to nawet o tym nie wiedzą. Brylują, albo raczej jeszcze do niedawna brylowali tłumacze współpracujący z TVP (teraz niestety nie mam rozeznania, bo telewizji publicznej nie oglądam w ogóle). Przykład, który najbardziej utkwił mi w pamięci: org. – „You’re brilliant! – tłum. „Jesteś brylant!”. Szkoda, że nie pamiętam z jakiego to filmu było, ale naprawdę – jeśli znacie mowę Szekspira posłuchajcie sobie nie tylko tego co mówi lektor, ale też i aktorzy. Bardzo często są to dwie zupełnie różne rzeczy. Osobną kwestią są tzw. „nieprzetłumaczalne gry słów”. Tutaj tłumacze zajmujący się książkami mają zadanie ułatwione – tłumaczą dosłownie i dodają sobie o taką gwiazdeczkę* i jest git. Ci co znają język sobie odtworzą, ci co nie znają niech się wypchają. Z filmami niestety nie ma tak łatwo i nie można ot tak sobie dorzucić gwiazdki, czy ekstra napisu z tłumaczeniem o co kaman. Dostajemy w zamian za to (częściej, ale za to często z beznadziejnym efektem) jakąś nieudolną próbę dosłownego tłumaczenia, ale takiego z wytłumaczeniem, albo (rzadziej, ale zdecydowanie lepiej) jakąś polską grę słów, dopasowaną do sytuacji. To drugie jest praktycznie koniecznością przy dubbingu (np. „oryginalny” Shrek mnie nie powalił, ale przy „polskim” płakałem ze śmiechu) gdzie nie można ani kwestii pominąć, ani zbyt zagłębić się w wyjaśnianie o co chodzi.

Dochodzimy teraz do amatorów. To właśnie amatorzy są odpowiedzialni za jakieś 99% (a może i 100) tekstów „dla niesłyszących”, których mogą oni używać razem z filmami nie dystrybuowanymi przez „Gutek Film” w Polsce. To jest naprawdę porażka co tam się wyczynia. Weźmy pod lupę np. serial „Chirurdzy” (i znowu słabe tłumaczenie tytułu, choć na szczęście nie beznadziejne i bezsensowne – dosłowne tłumaczenie i tak zagubiło by dodatkowy smaczek w postaci nawiązania do jednego z podstawowych podręczników anatomii używanych w USA napisanego przez Dr Gray i najczęściej opisywanego jako „Gray’s Anatomy” – literka różnicy). Wg naszych uzdolnionych inaczej amatorów „on call room” to jest „pokój wezwań”, a ja mógłbym się założyć, że jednak „dyżurka”. Dr House „TB” po Polsku „TiBi” – a ja jednak twierdzę że gruźlica – inny przypadek, ta sama choroba tylko w pełnym brzmieniu „tuberculosis” (jednak nie jestem taki zajebisty jak myślałem, bo kurde sprawdziłem pisownię) – „białaczka”. Podpowiem od razu – białaczka to „leucemia”. „CT” – wg tłumacza „rezonans”, wg mnie jednak „tomografia komputerowa” – rezonans to MRI. „Big Bang Theory” a.k.a. „Teoria Wielkiego Podrywu” (znowu benzadziejne tłumaczenie tytułu – co złego było w oryginalnym? w końcu serial nie koncentruje się na podrywie, tylko na fizykach-dziwakach). „Armadillo” – bez zmian, a ja jednak twierdzę, że to nie jest nazwa własna a cholerny pancernik (zwierzak, nie statek, bo statek to byłby „dreadnought”). No kurde przykładów są dziesiątki tysięcy i nie ma sensu wymieniać ich wszystkich nie mniej jednak każdy jeden z nich można wyjaśnić za pomocą cholernego internetu. Przyznaję, że gdyby nie moje wrodzone lenistwo mógłbym to zrobić lepiej niż zdecydowana większość osób, która się za to zabiera, ale ja też i radzę sobie bez tego.

Osobną kategorię stanowią tłumacze reklam, marketingowcy oraz korporacyjna hołota. Głupota co niektórych jest po prostu onieśmielająco-przytłaczająco-przeogromna. Sztandarowy przykład – mały napisik, często na dole ekrany w reklamach np. tuszu do rzęs. Napisik ten głosi „efekt udramatyzowany”. Co to znaczy? Ktoś kazał zabić się jego matce i zalał się łzami, czy jak? No bo jak udramatyzować efekt wyjebanych w pizdu kosmos rzęs? Wystarczyłoby napisać „efekt wystylizowany”, dobre określenia to też: podkreślony, wyolbrzymiony, przejaskrawiony. „To dramatise” – w języku naszych braci z Lądka Zdroju ma trochę inny wydźwięk (mimo iż generalnie znaczenie jest takie samo) niż dla nas. Marketingowcy z kolei wymyślają przedziwne tłumaczenia nazw rzeczy o których nie mają zielonego pojęcia. Częsty przypadek – „frequency inverter” – inwerter częstotliwości, fajnie, ale to urządzenie ma swoją polską nazwę – falownik. „Design” – jako dezajn – słowo, które legalnie w naszym języku nie występuje, a oznacza w zależności od kontekstu: wygląd, projekt, krój i pewnie jeszcze kilka innych by się znalazło. Tutaj wchodzimy też trochę w kompetencje korporacyjnej hołoty, która często nawet nie wie jak po polsku nazywa się stanowisko które zajmują, bo są zbyt leniwi bo to sprawdzić. I tak np. „HR specialist” to nie jest „specjalista HR”, tylko „specjalista ds. zasobów ludzkich” i tak dalej...

No, to po raz kolejny wylałem swoje żale. O ile jednak – gdy powstawała – dziwiłem się ustawie o „ochronie j. polskiego”, tak teraz uważam, że powinno się do niej dodać kary cielesne.

P.S. Czy ktoś zna jakiś skuteczny i bezpieczny dla dziecka i jego psychiki sposób, aby przestało się budzić w nocy i dawało się wyspać jeden dzień w tygodniu?

Gen (nie)wiary (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2012-12-10

Witam po długiej przerwie spowodowanej tym razem kompletnym brakiem chęci na spędzanie tych niewielu wolnych chwil przed komputerem (sorka TV wygrywa jako medium całkowicie niewymagające aktywności umysłowej). Notkę jednak pod wpływem rozmów w pracy zasłyszanych postanowiłem popełnić. I to by było tytułem wstępu.

Skąd tytuł? Otóż okazuje się, że jakieś 70% populacji posiada coś takiego jak „gen wiary”. Gen ten odpowiada za to, że ci ludzie są naprawdę w stanie szczerze uwierzyć np. w religię, partię czy inne ideały. Okazuje się, że nawet ateizm może być nie tyle brakiem wiary, co wiarą w nieistnienie żadnego bóstwa.

Ja podejrzewam, że jestem nieskromnym przedstawicielem tych 30%, które za cholerę nie jest w stanie wywołać u siebie głębszej i szczerej wiary w mniej więcej cokolwiek. Co więcej – ja nie tylko nie chcę, czy też nie mogę bezpodstawnie uwierzyć w żadne bóstwo, ale też i zostać wojującym ateistą. Co więcej, w przeciwieństwie do tych 70% mnie to kompletnie nie przeszkadza. Nie mam potrzeby zapierdalania co niedzielę do kościoła, sobotę do synagogi, czy piątek do meczetu (nie wiem niestety jakie dni tygodnia obrali sobie ludkowie z dalekiego wschodu za koniec weekendu, ale to już ich problem). Nie odczuwam też palącej potrzeby uświadamiania każdego że wiara jest mu niepotrzebna bo nikogo tam nie ma. Nawet jeśli na jakiś czas dam się ponieść jakiejś idei, czy filozofii to zwykle na krótko i bardzo mnie boli widok już najmniejszej siatki pęknięć pokrywającej ów twór, a że bólu nie lubię, to zmieniam front (proszę do tego nie mieszać mojej sympatii do PO bo ja jestem z tych, co to nie z Donaldem, a przeciw Jarkowi – wybieram po prostu tego, który mniej plącze się w zeznaniach).

Idą święta ludkowie, tak więc pamiętajcie, żeby za dwa tygodnie iść uczcić 2012 urodziny dżizasa, który podobno urodził się jednak w kwietniu i różne źródła różnie podaję ale na pewno nie pierwszego roku naszej ery... Gdybym był bogiem nie zgodziłbym się na takie bezczelne przesuwanie daty moich urodzin, bo tak komuś było wygodniej „nawracać”.

P.S. Święta obchodzę, bo owszem jestem hipokrytą i czasem nie wstydzę się do tego przyznać – w końcu chodzi o żarcie i prezenty.
P.S.2. Czas rozpocząć przygotowania do Wielkiej Okupacji Kuchni. Buahahahahaaa!!!

"Naród chce czerwonej gwiazdy, krzyczy wiec: komuno wróć!" (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-01-31

I kolejny raz tytuł do czegoś nawiązuje - tym razem jest to klasyk Big Cyc. Wszystko, by pomoc mi sparafrazować moje zdanie na temat niedawnego, piątkowego strajku kolejarzy.

Są trzy grupy zawodowe, które najbardziej straciły na upadku komunizmu. Pierwsza z nich to stoczniowcy, druga górnicy, a trzecia to oczywiście kolejarze. Za komuny każda z tych grup miała dobrze, niczym przysłowiowy pączek w maśle. Niestety (dla nich), gdy komuna padła skończyły się przywileje i od tej pory dupa. Wieloletnie zaniedbania, często tez brak jakiejkolwiek kultury pracy, przyniesione z komunistycznych czasów wizje czy to wcześniejszych emerytur, czy możliwości życia lepiej od innych przywiodły do tych zawodów wielu ludzi, którzy tylko i wyłącznie myśleli o sobie. Ich postawa często, niestety negatywnie, oddziaływała na tych, którzy chcieli tam pracować ze względu na życiową pasje.

Tacy to właśnie ludzie chętnie garnęli się do trzynastych i czternastych pensji, deputatu węglowego, czy wreszcie darmowych przejazdów. I bądźmy szczerzy - wszystkim obdarowywanym to pewnie odpowiadało. Osobiście nie pracowałem w tych czasach. Mnie kurde jakoś nikt nie chciał dać nic za darmo. Na swoja premie muszę sobie zapracować (dobrze przynajmniej, że wskaźniki według których jest liczona są jasne i przejrzyste), zniżki na produkty swojej firmy mam na poziomie 10% (czyi mniej niz. dobry klient), a ostatnio jeszcze obcięli mi przerwę. Wiecie, co wam jednak powiem? Dzięki obcięciu tej nieszczęsnej przerwy nie tylko dostałem podwyżkę, ale i wyższą premie. Bo mogłem w ciągu jednego dnia wykonać więcej pracy. Rezultat jest taki, że przynoszę do domu sporo więcej.

Jak to się ma do kolejarzy? Ano tak, że nasi dzielni ludzie pracy mieli bilety z 99% zniżka nie tylko dla siebie, ale też i dla swoich rodzin. Dodatkowo, po przejściu na emeryturę zachowywali ten przywilej. Czy jednak wiecie, co wywołało wśród nich takie wielkie oburzenie? Zniżki miały się zmniejszyć do 80%. Mieli je tez stracić emerytowani kolejarze i zdaje się że i rodziny tych pracujących. Szczerze? Gdy usłyszałem, jakie hasła oni z siebie tam wypluwali, to byłem przekonany, ze oni maja tam może z 30% tej nieszczęsnej bonifikaty i chcą im ją całkowicie zabrać, ale to chodziło tak naprawdę nie wiadomo o co. Gdybym ja był szefem PKP to naprawdę załatwiłbym im 30% zniżki, plus ewentualnie darmowe przejazdy w przedziałach służbowych dla podróży związanych z praca, lub powrotem z niej. Reszta to tylko ulgi ustawowe.

Strasznie mnie wkurza jak ludzie chcą benefity nic z siebie w zamian nie dając, a tak to właśnie z zewnątrz wygląda na kolei.

P.S. Czy ktoś rozumie, o co to cale wielkie halo z premiami dla marszałka i wicemarszałków? Przecież politycy nie zarabiają tak znowu wiele, jeśli porównać to do pieniędzy jakimi zarządzają. Obcinanie im jeszcze premii tylko zwiększy podatność na korupcję.
P.S. 2 Z góry przepraszam jeśli gdzieś pominąłem "ogonek" któregoś z polskich znaków. Notkę oryginalnie pisałem na urzadzeniu, gdzie umieszczanie ich nie było najwygodniejsze.

Mózgotrzepaczka 3000 (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-02-08

Mojej niemłodej już matce padł był odkurzacz. Odkurzacz produkcji polskiej, pamiętający chyba jeszcze prezydenturę Wałęsy, w najgorszym wypadku pierwszą kadencję Kwaśniewskiego. Niestety trochę trzymany w zimnej sieni, przyniesiony do ciepłego pokoju zawilgotniał, a po włączeniu do prądu widowiskowo (podobno) wyzionął ducha. Stary był i niezbyt piękny, szkoda go nie było. Sprawa skończyła się na tym, że ze względu na zbliżające się urodziny mojej szacownej rodzicielki postanowiłem sprawić jej nowy odkurzacz...

W tym miejscu zaczyna się moje osobiste piekło i normalnie chciałbym niczym niektórzy osobnicy z poprzedniej mojej notki krzyknąć „komuno wróć!”. Za komuny sprawa była jasna – człowiek się cieszył jak w ogóle kupił jakiś odkurzacz. Marka i model były w zasadzie bez znaczenia. I to była prawda, jak nie zepsuł się od razu po włączeniu do kontaktu, to mógł działać niemal wieczność. Ludzie najczęściej pozbywali się ich dlatego, że po dwudziestu latach rzygali już na ich widok, ewentualnie podobnie jak moja matka popełnili gdzieś poważny błąd w eksploatacji (np. próbowali odkurzyć taflę jeziora) i urządzenie zaczęło odmawiać współpracy.

W dzisiejszych czasach, idąc „w ciemno” do sklepu AGD z zamiarem zakupu odkurzacza, to nie boję się jak moi rodzice ponad 25 lat temu na hasło „poproszę odkurzacz” odpowiedzi „nie ma”. Boję się pytania „a jaki ma być?”. Najchętniej bym odpowiedział „dobry”, ale bądźmy szczerzy, gdybym wziął grupę dowolnych stu sprzedawców, dostałbym grupę stu wzajemnie wykluczających się propozycji. Ponieważ tak jak każdy, chcę kupić coś możliwie najlepszego, w możliwie najniższej cenie, najlepiej jeszcze do tego taniego w eksploatacji, próbowałem zrobić jakieś rozeznanie w temacie.

W pierwszej kolejności dowiaduję się, że na dzień dzisiejszy, w interesującym mnie przedziale cenowym jest coś koło czterystu modeli odkurzaczy kilkunastu, może kilkudziesięciu producentów. No i zonk. Myślę więc – no to poczytamy opinie i tutaj zaczyna się prawdziwe mózgotrzepanie. O tym piszą, nie kupuj, bo śmierdzi, inni piszą, kup, bo ma funkcję obciągania na siedząco, potem znowu piszą, nie kupuj bo nie lata, a potem kup, bo pływa itp. itd. Do tego wszystkiego jeszcze dochodzą opinie pisane przez producentów i ich konkurentów, które jeszcze bardziej zaciemniają obraz sytuacji. Słowem można dostać przysłowiowego pierdolca. Jest jednak jedna, niepokojąca rzecz, co do której większość opinii jest zgodna – trwałość dzisiejszych urządzeń jest po prostu do dupy, no ale „planowana nieprzydatność” to już temat na inną notkę, która powstanie nie wcześniej, niż mnie coś takiego bezpośrednio boleśnie dotknie. Konkludując jednak ten paragraf – ciągle nie wiem co kupić, a czasu coraz mniej. I nie, nie proszę o rady w komentarzach, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Pójdę pewnie do sklepu i wybiorę taki, który mi się spodoba i będzie sprawiał wrażenie solidnego.

Powinni ustawowo wprowadzić limit modeli jednego wyrobu na jednego producenta: tani i badziewny, zrównoważony za rozsądne pieniądze i premium z wszystkimi wodotryskami. Nie byłoby łatwiej?

P.S. Najbardziej jednak mnie przeraża, że moja pralka zaczyna powoli odmawiać posłuszeństwa i na marzec żona zarządziła zakup nowej...

Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...