Oryginalnie opublikowany 2013-09-29
Jakoś tak ostatnimi czasy bywa, ze zmęczenie wygrywa u mnie z chęcią na niemal wszystko – w tym także na pisanie notek na tym blogu. Nie mniej jednak rozpiera mnie wewnętrzna potrzeba naskrobania czegoś od siebie, a mój leżący odłogiem od ponad roku konspekt musiałbym przeczytać od początku, żeby odnowić sobie wszystkie wątki, na co oczywiście nie mam ochoty. Pozostaje mi więc tylko naskrobać coś na tym blogu, albo do tzw. szuflady. Niestety w szufladach trzymam raczej stare części komputerowe – niektóre nawet z połowy lat 90-tych, więc pisanina się tam zwyczajnie nie zmieści. Chciałbym jednakowoż podzielić się tym co mniej ostatnio zajmowało.
Po pierwsze w moich wspomnieniach ostatnio po raz kolejny odżył mój nieodżałowanej pamięci komputer – Amiga. Po części za sprawą świetnej strony www.amigaremix.com, gdzie można znaleźć remixy z wielu gier i dem na ten komputer i za darmoszkum po legalu zassać sobie na swój znacznie nowocześniejszy komputer (polecam zwłaszcza kawałki w wykonaniu DAXXa), niestety około 90% nie da się słuchać, ale reszta jest całkiem do rzeczy. Dzięki tej stronie dowiedziałem się, że nie jestem aż tak osamotniony w swoim sentymencie do Amigi, ale i odnalazłem swoją dawną miłość - dema. Chociaż nigdy nie byłem członkiem demosceny (za chudy w uszach jestem) nie mniej jednak zawsze potrafiłem docenić dobry kawałek softu, zwłaszcza, że moje marne doświadczenie w temacie (nie mniej jednak nie jest to doświadczenie nieistniejące) pozwala mi stwierdzić jak trudne to jest zadanie. Naprawdę polecam pooglądać sobie niektóre demka z kategorii 64k (czyli programy o maksymalnej objętości 64 kilobajty, czyli tyle co cały RAM w Atari 800XL, albo 2/45 dyskietki HD, ewentualnie jakąś 1/5 tego co zajmuje ten animowany wilk w tle mojej strony). Załączam mały przykładzik - Chaos Theory. Podobno zresztą najmniejsze znane demo ma zaledwie 128 bajtów (czyli mniej więcej tyle ile pierwszy akapit w czystej postaci). Chyba tylko „Hello World” pisane w assemblerze może mieć krótszy kod.
Druga rzecz, to pewien niewielki wycinek polityki – mianowicie słynna „komisja” imć Macierewicza, której „eksperci” okazali się w najlepszym wypadku hobbystami tematu, ale na pewno nie są w nim autorytetami (prawdę mówiąc delikatne wzmianki na ten temat od czasu do czasu pojawiały się w mediach już wcześniej, a przynajmniej mam takie wrażenie, bo o tych „rewelacjach” słyszałem już jakiś czas temu).
Zauważyłem tez ostatnio pewne nasilenie pisania o sprawach dotyczących śmierci, lub ciężkich obrażeń spowodowanych u małych dzieci przez ich opiekunów. Nie wiem, czy to jakaś nowa moda, ale coś jest na rzeczy chyba, że się tak wyrażę „systemowego” bo sytuacja powtarza się zbyt często i ma zawsze podobny scenariusz. Nawet nie spróbuję podjąć się analizy tematu, bo zwyczajnie nie rozumiem w jakim stanie ducha muszą być ludzie, którzy się tego dopuszczają. Nie mniej jednak, ktoś bardziej kompetentny ode mnie powinien przyjrzeć się portretowi dzieciobójcy/dzieciobójczyni i wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość.
Wreszcie na koniec znowu pozwolę sobie wrócić do spraw nieco bardziej osobistych. Mianowicie z każdym dniem stwierdzam z coraz większym przekonaniem, że ja naprawdę nienawidzę ludzi. Przykro mi, ale jakieś 90% - 99% z was jest mi kompletnie niepotrzebna do szczęścia. Potrzebne mi są rzeczy i usługi, które wytwarzacie, ale wy sami już nie.
P.S. Nie będzie dzisiaj prawdziwego peesa.
Moje małe miejsce w sieci, gdzie wylewam z siebie swoje żale, ale tez i próbuję pokazać światu co mi się w nim podoba. Zalecam przeczytanie disclaimera - w którym opisuję zasady odnośnie przytaczanych przeze mnie faktów.
Etykiety
C#
(4)
Disclaimer
(2)
Druk 3D
(1)
Komputery
(10)
O blogu
(5)
Opowiadanie
(4)
Osobiste
(25)
Polityka
(22)
Post odzyskany
(36)
Programowanie
(4)
Spostrzeżenia
(41)
wazektomia
(1)
3 marca 2018
Jeszcze Polska nie zginęła...(post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2013-12-12
póki Polak pije... A Polak nie lubi sobie żałować, więc Polska jeszcze długo pożyje.
Przeczytałem ostatnio artykuł o tym, dlaczego Polacy piją na imprezach (wiele nie wniósł, ale kolejny raz chwalę się, że umiem czytać). Sam artykuł mało odkrywczy, ale komentarze już ciekawsze. Chciałem coś dorzucić od siebie, ale po co wysilać się na kilka słów, jak se można notkę na bloga pierdyknąć.
Mianowicie chciałem się pochwalić swoimi zwyczajami odnośnie odurzania się. Są krótkie, proste i polecam każdemu ich stosowanie. Ja po prostu tego nie robię. Nie ma żadnych przeszkód natury moralnej, filozoficznej, czy zdrowotnej które zmuszałyby mnie do stanu permanentnej trzeźwości, ja po prostu nie lubię sytuacji w której nie w pełni kontroluję sam siebie, co więcej – mimo najszczerszych chęci i dziwnych spojrzeń kolegów (czasem też i koleżanek) nie rozumiem dlaczego inni poświęcają swoją godność tylko po to, żeby nieco poluźnić swoje związki z rzeczywistością. Nie mówię, że omijam alkohol tak szerokim łukiem, że wyczuwam go nawet w dropsach produkowanych w tej samej fabryce co pralinki z wódką, bo zdarza mi się wypić odrobinkę dla smaku, co np. w tym roku sumuje się do czterech małych piw i dwóch dużych (wielu moich kumpli wypija więcej w ciągu jednej imprezy niż ja rocznie). Lubię też smak whisky (lub jak kto woli whiskey), ale tylko smak...
Przyznam się też, że jeszcze w ogólniaku nie wylewałem za kołnierz, ale pewnego pięknego dnia po prostu zrozumiałem, że mnie to nie bawi. Alkohol raczej miał tendencje nie tyle do poprawiania mi humoru, co do jego pogarszania i wpędzania mnie w apatię. Miałem jeszcze płacić za to, że będę czuł się źle? Dziwne, ale wielu ludzi nawet nie próbuje bawić się na imprezie bez picia, albo gdy to już im się przydarzy traktują to jak dopust boży. Ja wręcz przeciwnie (no może poza chwilami, gdy czuję się kompletnie zażenowany zachowaniem towarzyszy). Odkryłem to jeszcze w ogólniaku, gdy przygotowywałem się do egzaminu na prawo jazdy. Chciałem się przekonać, czy trudno jest wytrzymać na imprezie i się nie napić. Nie było trudno, było dobrze, a i cola w takich przybytkach zwykle tańsza jest od piwa. Do tego doszedł fakt, że kiedyś na imprezie dostałem dość potężnie w mordę, co bardzo mnie do tej formy rozrywki zniechęciło i jakoś tak się skumulowało, że już na studiach piłem naprawdę niewiele (poza mało chwalebnym epizodem, gdy rozstałem się z dziewczyną, która obecnie jest moją żoną, ale i to trwało znacznie krócej niż nasze rozstanie – jedyne co mnie usprawiedliwia to stan mój ówczesny psychiczny przypominający jakąś przedziwną psychozę). Więcej nawet – na studiach właśnie, w czasie gdy nieomalże wszyscy dookoła mnie zalewali pałę przy każdej nadarzającej się okazji ja doszedłem do przedziwnego w tych okolicznościach wniosku, że tego nie lubię. Że chlanie aż zwalę się pod stół po prostu jest głupie. Można sobie golnąć coś małego na poprawę humoru (co jak wspomniałem na początku tego akapitu nie specjalnie sprawdza się w moim przypadku), ale żeby zaraz się upijać? Nie dziękuję.
Jak by tego było mało to do tego żywię bardzo głęboką awersję do osób pijanych i skacowanych i nie potrafię się powstrzymać od dość chłodnego, czasem wręcz wrogiego ich traktowania (pewnie zakrada się tutaj fakt, że jestem DDA). To też pewnie nie kieruje mnie w stronę kieliszka. Nie wiem, może kiedyś dopasuję się do reszty społeczeństwa, ale na razie nie po drodze mi z tym (no i na każdą imprezę mogę bezkarnie pojechać samochodem, bo wiem, że nie będę musiał go zostawić).
P.S. W tym roku magia świąt znowu, bezczelnie próbuje mnie ominąć.
P.S.2. Nadchodzi Wielka Okupacja Kuchni i mam zamiar kolejny raz zostać okupantem.
póki Polak pije... A Polak nie lubi sobie żałować, więc Polska jeszcze długo pożyje.
Przeczytałem ostatnio artykuł o tym, dlaczego Polacy piją na imprezach (wiele nie wniósł, ale kolejny raz chwalę się, że umiem czytać). Sam artykuł mało odkrywczy, ale komentarze już ciekawsze. Chciałem coś dorzucić od siebie, ale po co wysilać się na kilka słów, jak se można notkę na bloga pierdyknąć.
Mianowicie chciałem się pochwalić swoimi zwyczajami odnośnie odurzania się. Są krótkie, proste i polecam każdemu ich stosowanie. Ja po prostu tego nie robię. Nie ma żadnych przeszkód natury moralnej, filozoficznej, czy zdrowotnej które zmuszałyby mnie do stanu permanentnej trzeźwości, ja po prostu nie lubię sytuacji w której nie w pełni kontroluję sam siebie, co więcej – mimo najszczerszych chęci i dziwnych spojrzeń kolegów (czasem też i koleżanek) nie rozumiem dlaczego inni poświęcają swoją godność tylko po to, żeby nieco poluźnić swoje związki z rzeczywistością. Nie mówię, że omijam alkohol tak szerokim łukiem, że wyczuwam go nawet w dropsach produkowanych w tej samej fabryce co pralinki z wódką, bo zdarza mi się wypić odrobinkę dla smaku, co np. w tym roku sumuje się do czterech małych piw i dwóch dużych (wielu moich kumpli wypija więcej w ciągu jednej imprezy niż ja rocznie). Lubię też smak whisky (lub jak kto woli whiskey), ale tylko smak...
Przyznam się też, że jeszcze w ogólniaku nie wylewałem za kołnierz, ale pewnego pięknego dnia po prostu zrozumiałem, że mnie to nie bawi. Alkohol raczej miał tendencje nie tyle do poprawiania mi humoru, co do jego pogarszania i wpędzania mnie w apatię. Miałem jeszcze płacić za to, że będę czuł się źle? Dziwne, ale wielu ludzi nawet nie próbuje bawić się na imprezie bez picia, albo gdy to już im się przydarzy traktują to jak dopust boży. Ja wręcz przeciwnie (no może poza chwilami, gdy czuję się kompletnie zażenowany zachowaniem towarzyszy). Odkryłem to jeszcze w ogólniaku, gdy przygotowywałem się do egzaminu na prawo jazdy. Chciałem się przekonać, czy trudno jest wytrzymać na imprezie i się nie napić. Nie było trudno, było dobrze, a i cola w takich przybytkach zwykle tańsza jest od piwa. Do tego doszedł fakt, że kiedyś na imprezie dostałem dość potężnie w mordę, co bardzo mnie do tej formy rozrywki zniechęciło i jakoś tak się skumulowało, że już na studiach piłem naprawdę niewiele (poza mało chwalebnym epizodem, gdy rozstałem się z dziewczyną, która obecnie jest moją żoną, ale i to trwało znacznie krócej niż nasze rozstanie – jedyne co mnie usprawiedliwia to stan mój ówczesny psychiczny przypominający jakąś przedziwną psychozę). Więcej nawet – na studiach właśnie, w czasie gdy nieomalże wszyscy dookoła mnie zalewali pałę przy każdej nadarzającej się okazji ja doszedłem do przedziwnego w tych okolicznościach wniosku, że tego nie lubię. Że chlanie aż zwalę się pod stół po prostu jest głupie. Można sobie golnąć coś małego na poprawę humoru (co jak wspomniałem na początku tego akapitu nie specjalnie sprawdza się w moim przypadku), ale żeby zaraz się upijać? Nie dziękuję.
Jak by tego było mało to do tego żywię bardzo głęboką awersję do osób pijanych i skacowanych i nie potrafię się powstrzymać od dość chłodnego, czasem wręcz wrogiego ich traktowania (pewnie zakrada się tutaj fakt, że jestem DDA). To też pewnie nie kieruje mnie w stronę kieliszka. Nie wiem, może kiedyś dopasuję się do reszty społeczeństwa, ale na razie nie po drodze mi z tym (no i na każdą imprezę mogę bezkarnie pojechać samochodem, bo wiem, że nie będę musiał go zostawić).
P.S. W tym roku magia świąt znowu, bezczelnie próbuje mnie ominąć.
P.S.2. Nadchodzi Wielka Okupacja Kuchni i mam zamiar kolejny raz zostać okupantem.
Elektroniczne pety (aka e-papieros) – czyli rzucam palenie. (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-01-26
Tak się złożyło, że w listopadzie roku pańskiego 2011 słysząc to i owo o tym wynalazku zapragnąłem go wykorzystać do niecnego celu – rzucenia palenia (był to już trzeci testowany przeze mnie wynalazek do rzucania palenia). Eksperyment się niestety nie udał, gdyż niewyposażony w silną wolę nie potrafiłem wmówić sobie, że rzucam palenie, a jedynie, że zmieniam formę nałogu.
Fiasko operacji przypieczętował fakt, że niestety nie potrafiłem całkowicie zrezygnować z normalnego fajczenia i gdy tylko było to możliwe (i w kilku przypadkach, gdy możliwe nie było) udawało mi się zorganizować jakiegoś papierosa i podtrzymać więzi z bardziej naturalną formą trucizny jaką miałem w zwyczaju raczyć się od środkowych lat swych nastoletnich. Po mniej więcej miesiącu, czy też dwóch zakończyłem więc tą farsę z e-petem (nazwa I-pet™ jest już kurde na szczęście zajęta). Trwało to aż do roku 2012...
Wtedy moje nieco już nadwyrężone nadwagą, nadciśnieniem i paleniem serce urządziło maluteńki strajk ostrzegawczy, na moje szczęście jeszcze nie pod postacią zawału, czy stanu przedzawałowego, ale i tak najadłem się strachu. Skończyło się to w każdym razie nie tylko na kolejnej próbie rzucenia palenia, ale nawet i podjęcia regularnej aktywności fizycznej. Oczywiście po raz kolejny moja silna wola okazała swą słabość i poległem w boju. Mniej więcej po trzech miesiącach. Dokładnie w tych samych okolicznościach. Ehhh...
Wreszcie nadszedł rok 2013 i mój najstarszy zaczął mówić, że jak dorośnie to też będzie palił, a mówiąc naśladował moje wypuszczanie dymu. Lubił to zwłaszcza robić wtedy, gdy znalazł jakąś barierkę i mógł udawać, że to balkon (bo w domu wolno mi było palić jedynie na balkonie). Oczywiście jako ojciec, któremu zależy na swoich dzieciach zrobiłem sobie szybką analizę – czy on mnie znowu tak często widuje z tym petem? Wyszło, że i owszem, często. Czy mogłem przestać palić w domu? Raczej nie, bo tak jakoś mam odkąd chłopaki przyszły na świat, że zdecydowaną większość stresów mam w domu, a nie w pracy... Pozostało mi więc już tylko rzucić to cholerne palenie w pizdu. Tylko wtedy nie będzie szans na to, żeby mnie dzieci zobaczyły z petem. Wybór metody był oczywisty – kolejny raz padło na e-peta, jako że dawał mi mimo wszystko najdłuższe przerwy od palenia prawdziwych papierosów (ponieważ lubię wtrącenia w nawiasach dodam tylko, że próbowałem też gum – dla mnie nieskuteczne przy rzucaniu – i plastrów, które dawały obiecujące wyniki, ale tylko przez kilka dni), sięgające nawet tygodnia. Wybrałem więc sobie termin, ustaliłem sam ze sobą harmonogram działań i przystąpiłem do dzieła. Zacząłem 2 listopada, wytrzymałem do 11 gdy zrobiłem coś, co myślałem, że położy wszystkie moje wysiłki, a tylko mi pomogło – wyciągnąłem i spaliłem peta od mojej matki. Odkryłem wtedy, że wcale nie czuję się jakoś bardziej napalony niż wtedy, gdy paliłem e-peta (wciągałem sobie wtedy liquid o zawartości nikotyny zaledwie 0,6 mg/ml za to przez cały dzień, który czasem wzmacniałem niewielkimi dawkami liquidu 1,8), a co jeszcze ważniejsze, odkryłem że mi ten papieros w ogóle nic nie dał. Ani nie poczułem się lepiej, ani nie ustał pewien niedosyt który się odczuwa przy e-kopceniu. Dzięki temu był to do tej chwili ostatni papieros jaki spaliłem. Pozwoliło mi to zacząć powolutku realizować dalszy plan rzucania.
Na początek rzuciłem swój harmonogram rzucania. Niestety jako nałogowiec o bardzo słabej woli miałem olbrzymie problemy ze zrezygnowania z nikotyny. Zacząłem stosować, różne triki i uniki, które miały na celu oszukiwanie (głównie siebie), że niby coś robię, ale tak naprawdę nie jestem gotowy na następny krok i tak dalej i tak dalej. Słowem stek bzdur mających na celu dłuższe moje trwanie w nałogu. Koniec końców miałem przestać e-jarać i w ogóle jarać z początkiem roku, a na początku roku dopiero zacząłem osłabiać sobie swoje eliksiry z i tak marnego 0,6 to jakichś śmiesznych ilości typu 0,3 mg nikotyny w każdym mililitrze. Takie moce są niestety niedostępne w handlu, musiałem więc mieszać 0,6 z 0,0, a gdy skończyło mi się 0,6 znalazłem stary i bardzo mały już (po listopadowych ekscesach)zapas 1,8. W końcu skończyły się wszystkie liquidy z nikotyną jakie były w domu i od tygodnia siedzę sobie na 100% liquidach 0,0 nikotyny. I dalej jestem uzależniony od e-palenia, choć od nikotyny już mniej (no dobra jakoś jej brak dokucza mi mniej niż się spodziewałem). Jutro Dziś skończy mi się zapas liquidu 0,0 i wtedy nie będę miał co e-kopcić. To ostatni krok na mojej drodze do osiągnięcia stanu bezdymnego i wcale mi się do niego nie śpieszy. Niestety Na szczęście (fajne to przekreślanie) tak zbudowałem wszelkie okoliczności przyrody, aby maksymalnie sobie utrudnić zdobycie eliksiru... Za kilka godzin znowu będę musiał wspomóc bój mojej słabej silnej woli rzucenia palenia, z moją naprawdę silną wolą trwania w nałogu. Współczuję mojej żonie...
Niestety, rzucanie palenia w moim wypadku miało dość destrukcyjny wpływ na moje relacje małżeńskie. Małżowina moja niezbyt sobie radzi we wspieraniu mnie w moich pomysłach – jej podejście można by opisać takim oto monologiem:
-Rzucasz palenie? To bardzo dobrze, ale jak jutro będziesz szedł po fajki to kup chleb.
To nie ze złośliwości, ona po prostu tak ma. Wracając jednak do meritum, do którego droga prowadzi przez ostatnią już dygresję. Kiedy byłem małym chłopcem, właściwie aż do czasu lat mych nastoletnich nie miałem żadnego problemu z okazywaniem swoich uczuć całemu światu. Ponieważ odczuwałem wtedy na przemian pogardę i wkurw miałem przez to więcej kłopotów niż to było warte. Aż wpierniczyłem się w takie kłopoty, że trochę mnie to pohamowało. Kolejna porcja kłopotów spowodowana tym, że nie potrafiłem swojego wkurwu trzymać na wodzy wyleczyła mnie z tego całkowicie. Oczywiście dalej go odczuwałem, tyle tylko, że nikt o tym nie wiedział. Przekuwając tą opowieść dziejącą się jeszcze w poprzednim stuleciu na czasy obecne dochodzimy do momentu, gdy mój najstarszy syn całkowicie i bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony zburzył mój bastion samokontroli i doprowadził mnie do stanu, gdy swój wkurw manifestuję wszem i wobec (choć w odróżnieniu od pradawnych czasów z początku akapitu ręce trzymam przy sobie, choć mordę drę nieprzeciętnie). Tak się złożyło, że ofiarą mojego rzucania palenia (a każde wychodzenie z nałogu budzi u wychodzącego silną chęć rozpieprzenia czegoś w drobny mak) padła właśnie ona. Za co chyba będę musiał ją przeprosić (a coś czuję, że ani kwiaty, ani czekoladki nie będą miały tutaj odpowiedniego przebicia... może SPA jakieś?), bo naprawdę było między nami już dość ostro. Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że wraz młodszym naszym pacholęciem spędziła dwa tygodnie w szpitalu, gdzie młody leczony był na zapalenie płuc. Sama również podupadła ostatnio na zdrowiu, co z kolei powodowało, że w dziedzinie wsparcia nasze wzajemne wymagania jakoś nie mogły doczekać się spełnienia. W każdym razie po kilku kłótniach na moje szczęście dalej mogę nie tylko nie pakować walizek, ale nawet i spać w małżeńskim łożu (a to dobrze, bo to najwygodniejsze wyro w całym domu jest). Żona żyje, powoli zabiera się za siebie i swoje zdrowie, a ja staram się jej w tym pomagać i nie okazywać swojego wkurwu w w taki sposób, żeby mogła go wziąć do siebie.
Reasumując – nigdy nie ma dobrego czasu na rozpoczęcie rzucania palenia. W związku z tym nie ma znaczenia kiedy zaczniesz. Każda metoda jest zła. Bo wymaga silnej woli a to w czasie macdonaldyzacji (fajny termin nie? Przeczytałem go kiedyś chyba we „Wprost” - dotyczy naszego pragnienia dostania wszystkiego natychmiast i przy najmniejszym wysiłku) wszystkiego dookoła po prostu przerasta możliwości przeciętnego zjadacza hamburgerów (ale nie tych z sieciowych fast-foodów, bo te są po prostu kiepskie). Najlepiej po prostu nie wpadać w nałogi. No chyba, że kawę – tą rzuciłem w 2008 w trzy dni. Nie piję do tej pory.
P.S. Jeśli ktoś bardzo chce znać moją szczegółową opinię na temat e-fajczenia to wystarczy poprosić. W komentarzu. Niestety napisanie jej może trochę potrwać, ponieważ muszę znaleźć jakąś wolną noc aby to uczynić.
P.S. 2 Do tej pory (znowuż od listopada!) nie mogę się pogodzić z faktem, że Dakann przestał kręcić swoje „Piątki”.
Tak się złożyło, że w listopadzie roku pańskiego 2011 słysząc to i owo o tym wynalazku zapragnąłem go wykorzystać do niecnego celu – rzucenia palenia (był to już trzeci testowany przeze mnie wynalazek do rzucania palenia). Eksperyment się niestety nie udał, gdyż niewyposażony w silną wolę nie potrafiłem wmówić sobie, że rzucam palenie, a jedynie, że zmieniam formę nałogu.
Fiasko operacji przypieczętował fakt, że niestety nie potrafiłem całkowicie zrezygnować z normalnego fajczenia i gdy tylko było to możliwe (i w kilku przypadkach, gdy możliwe nie było) udawało mi się zorganizować jakiegoś papierosa i podtrzymać więzi z bardziej naturalną formą trucizny jaką miałem w zwyczaju raczyć się od środkowych lat swych nastoletnich. Po mniej więcej miesiącu, czy też dwóch zakończyłem więc tą farsę z e-petem (nazwa I-pet™ jest już kurde na szczęście zajęta). Trwało to aż do roku 2012...
Wtedy moje nieco już nadwyrężone nadwagą, nadciśnieniem i paleniem serce urządziło maluteńki strajk ostrzegawczy, na moje szczęście jeszcze nie pod postacią zawału, czy stanu przedzawałowego, ale i tak najadłem się strachu. Skończyło się to w każdym razie nie tylko na kolejnej próbie rzucenia palenia, ale nawet i podjęcia regularnej aktywności fizycznej. Oczywiście po raz kolejny moja silna wola okazała swą słabość i poległem w boju. Mniej więcej po trzech miesiącach. Dokładnie w tych samych okolicznościach. Ehhh...
Wreszcie nadszedł rok 2013 i mój najstarszy zaczął mówić, że jak dorośnie to też będzie palił, a mówiąc naśladował moje wypuszczanie dymu. Lubił to zwłaszcza robić wtedy, gdy znalazł jakąś barierkę i mógł udawać, że to balkon (bo w domu wolno mi było palić jedynie na balkonie). Oczywiście jako ojciec, któremu zależy na swoich dzieciach zrobiłem sobie szybką analizę – czy on mnie znowu tak często widuje z tym petem? Wyszło, że i owszem, często. Czy mogłem przestać palić w domu? Raczej nie, bo tak jakoś mam odkąd chłopaki przyszły na świat, że zdecydowaną większość stresów mam w domu, a nie w pracy... Pozostało mi więc już tylko rzucić to cholerne palenie w pizdu. Tylko wtedy nie będzie szans na to, żeby mnie dzieci zobaczyły z petem. Wybór metody był oczywisty – kolejny raz padło na e-peta, jako że dawał mi mimo wszystko najdłuższe przerwy od palenia prawdziwych papierosów (ponieważ lubię wtrącenia w nawiasach dodam tylko, że próbowałem też gum – dla mnie nieskuteczne przy rzucaniu – i plastrów, które dawały obiecujące wyniki, ale tylko przez kilka dni), sięgające nawet tygodnia. Wybrałem więc sobie termin, ustaliłem sam ze sobą harmonogram działań i przystąpiłem do dzieła. Zacząłem 2 listopada, wytrzymałem do 11 gdy zrobiłem coś, co myślałem, że położy wszystkie moje wysiłki, a tylko mi pomogło – wyciągnąłem i spaliłem peta od mojej matki. Odkryłem wtedy, że wcale nie czuję się jakoś bardziej napalony niż wtedy, gdy paliłem e-peta (wciągałem sobie wtedy liquid o zawartości nikotyny zaledwie 0,6 mg/ml za to przez cały dzień, który czasem wzmacniałem niewielkimi dawkami liquidu 1,8), a co jeszcze ważniejsze, odkryłem że mi ten papieros w ogóle nic nie dał. Ani nie poczułem się lepiej, ani nie ustał pewien niedosyt który się odczuwa przy e-kopceniu. Dzięki temu był to do tej chwili ostatni papieros jaki spaliłem. Pozwoliło mi to zacząć powolutku realizować dalszy plan rzucania.
Na początek rzuciłem swój harmonogram rzucania. Niestety jako nałogowiec o bardzo słabej woli miałem olbrzymie problemy ze zrezygnowania z nikotyny. Zacząłem stosować, różne triki i uniki, które miały na celu oszukiwanie (głównie siebie), że niby coś robię, ale tak naprawdę nie jestem gotowy na następny krok i tak dalej i tak dalej. Słowem stek bzdur mających na celu dłuższe moje trwanie w nałogu. Koniec końców miałem przestać e-jarać i w ogóle jarać z początkiem roku, a na początku roku dopiero zacząłem osłabiać sobie swoje eliksiry z i tak marnego 0,6 to jakichś śmiesznych ilości typu 0,3 mg nikotyny w każdym mililitrze. Takie moce są niestety niedostępne w handlu, musiałem więc mieszać 0,6 z 0,0, a gdy skończyło mi się 0,6 znalazłem stary i bardzo mały już (po listopadowych ekscesach)zapas 1,8. W końcu skończyły się wszystkie liquidy z nikotyną jakie były w domu i od tygodnia siedzę sobie na 100% liquidach 0,0 nikotyny. I dalej jestem uzależniony od e-palenia, choć od nikotyny już mniej (no dobra jakoś jej brak dokucza mi mniej niż się spodziewałem). Jutro Dziś skończy mi się zapas liquidu 0,0 i wtedy nie będę miał co e-kopcić. To ostatni krok na mojej drodze do osiągnięcia stanu bezdymnego i wcale mi się do niego nie śpieszy. Niestety Na szczęście (fajne to przekreślanie) tak zbudowałem wszelkie okoliczności przyrody, aby maksymalnie sobie utrudnić zdobycie eliksiru... Za kilka godzin znowu będę musiał wspomóc bój mojej słabej silnej woli rzucenia palenia, z moją naprawdę silną wolą trwania w nałogu. Współczuję mojej żonie...
Niestety, rzucanie palenia w moim wypadku miało dość destrukcyjny wpływ na moje relacje małżeńskie. Małżowina moja niezbyt sobie radzi we wspieraniu mnie w moich pomysłach – jej podejście można by opisać takim oto monologiem:
-Rzucasz palenie? To bardzo dobrze, ale jak jutro będziesz szedł po fajki to kup chleb.
To nie ze złośliwości, ona po prostu tak ma. Wracając jednak do meritum, do którego droga prowadzi przez ostatnią już dygresję. Kiedy byłem małym chłopcem, właściwie aż do czasu lat mych nastoletnich nie miałem żadnego problemu z okazywaniem swoich uczuć całemu światu. Ponieważ odczuwałem wtedy na przemian pogardę i wkurw miałem przez to więcej kłopotów niż to było warte. Aż wpierniczyłem się w takie kłopoty, że trochę mnie to pohamowało. Kolejna porcja kłopotów spowodowana tym, że nie potrafiłem swojego wkurwu trzymać na wodzy wyleczyła mnie z tego całkowicie. Oczywiście dalej go odczuwałem, tyle tylko, że nikt o tym nie wiedział. Przekuwając tą opowieść dziejącą się jeszcze w poprzednim stuleciu na czasy obecne dochodzimy do momentu, gdy mój najstarszy syn całkowicie i bez najmniejszego wysiłku ze swojej strony zburzył mój bastion samokontroli i doprowadził mnie do stanu, gdy swój wkurw manifestuję wszem i wobec (choć w odróżnieniu od pradawnych czasów z początku akapitu ręce trzymam przy sobie, choć mordę drę nieprzeciętnie). Tak się złożyło, że ofiarą mojego rzucania palenia (a każde wychodzenie z nałogu budzi u wychodzącego silną chęć rozpieprzenia czegoś w drobny mak) padła właśnie ona. Za co chyba będę musiał ją przeprosić (a coś czuję, że ani kwiaty, ani czekoladki nie będą miały tutaj odpowiedniego przebicia... może SPA jakieś?), bo naprawdę było między nami już dość ostro. Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że wraz młodszym naszym pacholęciem spędziła dwa tygodnie w szpitalu, gdzie młody leczony był na zapalenie płuc. Sama również podupadła ostatnio na zdrowiu, co z kolei powodowało, że w dziedzinie wsparcia nasze wzajemne wymagania jakoś nie mogły doczekać się spełnienia. W każdym razie po kilku kłótniach na moje szczęście dalej mogę nie tylko nie pakować walizek, ale nawet i spać w małżeńskim łożu (a to dobrze, bo to najwygodniejsze wyro w całym domu jest). Żona żyje, powoli zabiera się za siebie i swoje zdrowie, a ja staram się jej w tym pomagać i nie okazywać swojego wkurwu w w taki sposób, żeby mogła go wziąć do siebie.
Reasumując – nigdy nie ma dobrego czasu na rozpoczęcie rzucania palenia. W związku z tym nie ma znaczenia kiedy zaczniesz. Każda metoda jest zła. Bo wymaga silnej woli a to w czasie macdonaldyzacji (fajny termin nie? Przeczytałem go kiedyś chyba we „Wprost” - dotyczy naszego pragnienia dostania wszystkiego natychmiast i przy najmniejszym wysiłku) wszystkiego dookoła po prostu przerasta możliwości przeciętnego zjadacza hamburgerów (ale nie tych z sieciowych fast-foodów, bo te są po prostu kiepskie). Najlepiej po prostu nie wpadać w nałogi. No chyba, że kawę – tą rzuciłem w 2008 w trzy dni. Nie piję do tej pory.
P.S. Jeśli ktoś bardzo chce znać moją szczegółową opinię na temat e-fajczenia to wystarczy poprosić. W komentarzu. Niestety napisanie jej może trochę potrwać, ponieważ muszę znaleźć jakąś wolną noc aby to uczynić.
P.S. 2 Do tej pory (znowuż od listopada!) nie mogę się pogodzić z faktem, że Dakann przestał kręcić swoje „Piątki”.
Co noc przygotowuję porcje białego proszku... (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-02-16
Muszę być ostrożny, bo porcje powinny być dokładnie odmierzone. Często marzę o tym, żeby już nie musieć tego robić, ale to właśnie biały proszek pozwala przespać noc. Jedne noce są lepsze – wtedy wystarczy to co przygotowałem wieczorem. Często jednak muszę wstawać i przygotowywać kolejne porcje. Wszystko, by tylko przetrwać noc. Biały proszek ma swoją cholerną nazwę.
Mleko w proszku.
Dla dzieci.
P.S. Potrzebuję snu, seksu i nowej kanapy.
W dupie mam Ukrainę (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-02-27
I nie chce mi się nawet rozumieć (choć niestety jak zwykle z grubsza wiem o co kaman) o co tam i komu poszło. Wiem jedno – niepotrzebnie się tam wtrąca i wtrącało stanowczo zbyt wiele osób.
Co nam wszystkim do tego, czy Ukraińcom bliżej jest do Rosji czy UE? Kulturowo na pewno do Rosji. Szczerze mówiąc mam tak samo w dupie fakt, czy rządził tam Janukowycz (o którym było wiadomo, że nie jest cacy jak tylko zaczął się rozprawiać z ludźmi, którzy mu pomogli w pomarańczowej rewolucji), czy jakiś inny koleś. Dziwi mnie też fakt, że z jakiegoś powodu Ukraińcy dali sobie wcisnąć trzeciego pod rząd dyktatora (może tam jest tak straszny burdel, że inaczej rządzić się nie da?), nie dziwi mnie on jednak na tyle, bym przestał to mieć w dupie i sobie sam sprawdził.
Dlaczego więc nie mogę sprawdzić żadnych doniesień ze świata, gdzie po raz kolejny nie byłoby o tym samym? Miałem nadzieję, że jakoś szybko się to wszystkim znudzi i będzie jak z Syrią no a kto się dziś przejmuje Syrią, prawda? Doniesienia medialne pojawiają się sporadycznie i mało kogo interesują. W ogóle kto dziś pamięta arabską wiosnę? Pamiętacie o co chodziło w Tunezji, Egipcie? Może trochę lepiej w Libii prawda? Przecież to wszystko jest dokładnie ten sam mechanizm, który tylko raz się udał załatwić w miarę spokojnie, a kilka razy doprowadził do wojny domowej. I wtedy też to miałem w dupie – no może poza Egiptem i Tunezją bo chciałem się tam kiedyś wybrać na wakacje, a nie wierzyłem w to, że władzy tam nie zdobędą islamscy fundamentaliści. Na Ukrainę się nie wybieram, tak więc mam ją w dupie. No chyba, że władze przejmie tam ktoś, kto będzie mi chciał w najmniejszym choćby stopniu uprzykrzyć życie.
A jeśli ktoś pomyślał sobie, że nasza, polska „pomoc” pomoże ocieplić stosunki między narodami niech sobie przypomni pomoc jaką ofiarowali nam Niemcy w czasie stanu wojennego. Mogę się założyć, że całkiem spora część z was kompletnie jej nie pamięta. A była i to nie mała, a i tak nie przeszkadza to wielu ludziom wyciągać tylko i wyłącznie nieprzyjemne aspekty naszych stosunków sąsiedzkich. To kolejny powód dla którego mam w dupie Ukrainę.
W ogóle nie potrafię znaleźć powodu, dla którego nie miałbym mieć Ukrainy w dupie (z racji mojej pracy taka już np. Białoruś jest mi odrobinkę mniej obojętna, bo czasem z nią współpracuję).
P.S. W tej chwili najbardziej interesuje mnie mój nos. Tydzień temu miałem plastykę przegrody nosa (ze względów medycznych, bo na poprawę "urody" to raczej nie mam co liczyć) i wreszcie zaczynam dochodzić do siebie. Postaram się opisać wrażenia w ciągu kilku dni.
Septoplastyka (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-03-02
Tak jak obiecałem wcześniej – pora na kilka słów o tym, jak to dałem sobie dobrowolnie rozkwasić nos.
Rzecz zaczęła się blisko rok temu. Miałem paskudne przeziębienie i za cholerę nie mogłem się pozbyć kataru. Lekarka skierowała mnie do laryngologa na profilaktyczne płukanko zatok. Zabieg okazał się całkowitym fiaskiem, ponieważ połowa mojego nosa praktycznie nie działała (btw – bogu dzięki za to, że nie muszę z większością lekarzy i specjalistów użerać się w państwowej służbie zdrowia – nie dałbym rady wyleczyć wtedy choćby kataru). Dostałem skierowanko. Miesiąc później wybrałem się do szpitala na wyznaczenie terminu kwalifikacji. Był dwa miesiące później. Na kwalifikacji dowiedziałem się, że muszę „męczyć się ze swoim nosem”. Nie wiem czy się męczyłem, bo miałem go w życiu złamane co najmniej trzy a w najgorszym wypadku nawet pięć razy (dwa razy miałem prawdopodobnie złamany nos jako dziecko – nikt mnie nie bił, po prostu byłem dość niebezpieczny sam dla siebie i czasem atakowałem twarzą twarde powierzchnie). Dla pewności przyjmuję średnią – cztery razy. Wg lekarza trzeba się tym było w miarę szybko zająć, czyli za kolejne osiem miesięcy.
Takie okresy oczekiwania są chore. Czekasz w sumie 10 miesięcy na zabieg. Nie wiem dlaczego mnie to dziwi – niektórzy ludzie czekają na swoje zabiegi po dwa lata i to często na zabiegi których potrzebują po to, żeby w ogóle żyć, a nie po to, żeby poprawić sobie komfort życia jak ja. Nie mniej jednak co innego jest o tym czytać, a co innego samemu tego doświadczyć. Tak naprawdę dla mnie to było coś dobrego, bo bardzo nie chciałem tego zabiegu. Nikt mnie specjalnie nie namawiał, ale mniej więcej wtedy zacząłem u siebie podejrzewać epizody bezdechu sennego, a że doczytałem gdzieś, że korekta przegrody nosa może to załatwić postanowiłem zaryzykować i dopiero jak nie podziała zacząć to badać i leczyć. Wracając jednak do meritum – przez ten czas zdążyłem o sprawie trochę zapomnieć i w znacznym stopniu się z nią oswoić.
Strach wrócił do mnie jakieś dwa tygodnie przed zabiegiem. Trzeba było załatwić trochę papierologii. A to zezwolenie na zabieg od lekarza (dziękuję ci prywatna, opłacana znacznie mniejszymi pieniędzmi niż składka zusowska, służbo zdrowia), a to zaświadczenie, że zęby w porządku (i znowu podziękowania dla prywatnego gabinetu gdzie udało mi się to załatwić razem z leczeniem „od ręki”). Wcześniej jeszcze badanie krwi w szpitalu gdzie mieli mnie naprawić. Koniec końców, zdążyłem ze wszystkimi papierami bez problemu i zadyszki. Nadszedł dzień sądu.
Zgodnie z karteczką, którą dostałem na kwalifikacji (i jakimś cudem nie zgubiłem przez ten czas) i zaleceniem pielęgniarki stawiłem się na izbie przyjęć oddziału otorynolaryngologicznego o godzinie 8.00. O godzinie 9 pojawił się wreszcie lekarz (godzina zmarnowana), potem tak wyszło, że puściłem dzieci przodem (po co miały się męczyć na korytarzu) i o 10 było po badaniu. Koło 10:30 po załatwieniu kolejnej dawki papierologii pojawiłem się wreszcie na oddziale po to tylko, aby się dowiedzieć, że nie ma dla mnie łóżka. Łóżko znalazło się godzinę później. W pokoju dzieci, które puściłem wcześniej. Myślicie, że mi dokuczyły? Skąd. Wbrew pozorom jestem już całkiem uodporniony na dzieci, a te były w miarę cicho. Wkurzyło mnie co innego. Że zabieg mam następnego dnia. To nie były zmarnowane godziny, tylko cały dzień w dupie... No to ja się kurwa nie dziwię, że szpitale nie mają kasy jak mogłem jeden dzień dłużej posiedzieć w pracy i przyczynić się do wzrostu PKB. A sorka – zrobili mi jedno badanie – EKG. Mogłem je sobie zrobić sam (oczywiście prywatnie), ale jakoś to przełknąłem. Wnerwiło mnie zrobienie ze mnie małpy w zoo, bo moją (jak się później okazało zmasakrowaną) przegrodę musiało zobaczyć aż czterech lekarzy. Nic przyjemnego.
Tego samego dnia, porozmawiała ze mną jeszcze sympatyczna pani anestezjolog. Była skora wytłumaczyć mi wszystko o co bym zapytał (a miałem do niej kilka pytań) niestety zgarnęli mnie laryngolodzy żeby sobie na mnie popatrzeć. Sami laryngolodzy nie byli skorzy do tłumaczenia mi czegokolwiek – mieli gotowe formularze i wymagali tylko na nich mojego podpisu (dowiedziałem się z nich, że jednym z powikłań jest wypadnięcie przegrody). W końcu nie mając tego papieru przed oczami nawet nie wiedziałem o co pytać, gdy czas nadszedł, więc aby dowiedzieć się na czym polegało to co mi zrobili musiałem zapytać cioci wikipedii (nie podam tym razem linka, bo mi się nie chce).
W dniu zabiegu zostawiłem portfel i komórkę w depozycie, licząc na to, że je odzyskam po pobudce. Cały ranek i południe oczywiście na czczo, plus jakaś tabletka (podobno uspokajająca), która trochę mnie uśpiła. Obudzili mnie przed zabiegiem, kazali się rozebrać do rosołu, zawieźli na salę operacyjna, a tam zastrzyk w wenflon i taką śmieszną maskę przykładają do twarzy i nagle gaśnie światło. Następne co pamiętam, to jak próbowałem wypchnąć językiem rurkę do intubacji (daremny trud, ale człowiek w takim półśnie nie za bardzo ma szansę na logiczną reakcję) i mi ją wyjmują – potem znowu nicość.
Pamiętam wjazd na salę chorych , ale potem zasnąłem. Jeszcze raz się obudziłem, ale tylko po to, żeby znowu zasnąć. Nie mogło to zająć dużo czasu, a w każdym razie mam takie wrażenie. Wiem, że w pewnym momencie się ubrałem w piżamkę, ostatecznie zwlokłem się z wyra gdy moja żona postawiła oddział na nogi próbując się do mnie dodzwonić – a komórka w depozycie. Dostęp do klucza do depozytu ma pielęgniarka oddziałowa, ale już jej nie było. W końcu jedna z pielęgniarek okazała się na tyle obrotna, że udało jej się dla mnie odzyskać mój środek komunikacji ze światem. Wtedy też zaczęły mnie boleć wszystkie mięśnie. Odkryłem, że nie bolą gdy szwendam się po korytarzu, więc łaziłem ile się dało. W lustrze zobaczyłem, że mój nos, który normalnie jest dosyć wąski teraz mógłby spokojnie należeć do kogoś o negroidalnym typie urody (czytaj: murzyna). Do tego pod nosem miałem taki śmieszny opatrunek, który łapał to co pomimo gąbek wsadzonych w nozdrza próbowało się z nich wydostać. Następnego dnia było tak samo tylko gorzej. Parę razy zalałem się krwią (mówię wam, nie ma to jak drożdżówka z dolewką krwi), kilka razy czułem jak spływa mi po gardle. Dostałem jakieś środki przeciwbólowe, ale mam pewne wątpliwości co do ich skuteczności. W każdym razie nos zaczął dokuczać już w nocy i przez cały dzień napierniczał niemiłosiernie. Znowu musiałem cały czas chodzić, żeby nie bolały mięśnie. Dowiedziałem się wtedy, że winne jest znieczulenie ogólne. Noc była kiepska ale dzień już bardziej znośny, zwłaszcza, że w końcu udało mi się opuścić oddział. Tego samego dnia w domu dostałem kataru.
Przez kolejne cztery dni byłem słaby, z obolałą głową, nosem, gardłem i zębami (gardło od tlenu, a zęby od rurki intubacyjnej). Do tego ciągłe zmiany opatrunków pod nosem i uczucie jakby te sączki w nosie drapały cię po mózgu. W nocy żeby się nie udusić glutami musiałem przyjmować dziwne pozycje. Nadszedł jednak wreszcie dzień wyciągnięcia mi zatyczek z nosa. Sam moment był nieprzyjemny i odrobinę bolesny, ale już po chwili niesamowita ulga. Odessanie szlamu z nosa i do ręki dostałem dwie garście ligniny (a garście mam typowo męskie) i polecenie, żeby przedmuchać kichawę. Powiem krótko – ilość krwi i glutów jakie ze mnie wypłynęły właściwie nie zmieściła się w dwóch moich garściach. Szybko się zatkałem ponownie, ale bez tych sączków i tak już było znacznie lepiej. Wieczorem, w dniu ich wyjęcia wreszcie było lepiej. Udało mi się nawet całą noc oddychać nosem.
Od tego czasu wreszcie zaczyna się robić lepiej. Co prawda ciągle zatykam się glutami, a smarkanie jest dosyć bolesne (cięgle krew i śluz), zwłaszcza, że ilości jakie ze mnie wychodzą ciągle są ponadprzeciętne. Na szczęście z każdym dniem jest trochę lepiej. Nikt mi o tym nie mówił, ale czuję szwy w nosie. Za kilka dni mam znowu pojawić się na oddziale i pewnie wtedy mi je zdejmą.
Na dzień dzisiejszy nie mogę powiedzieć, że poprawa jest jakaś super hiper zajebista i warta tego przez co trzeba przejść. Być może wynika to z faktu, że ostatni raz miałem złamany nos 15 lat temu i od tego czasu zdążyłem się przyzwyczaić do przepływu powietrza jaki mi dawał, natomiast kompletnie odzwyczaiłem się od tego rodzaju bólu (w ogóle od czasu gdy byłem nastolatkiem to strasznie zmiękłem). Z drugiej strony dwa, trzy dni po zabiegu twierdziłem, że w ogóle się to nie opłacało i tylko niepotrzebnie wystawiłem się na ból. Teraz raczej nie mam zdania. Być może za kolejnych kilka dni perspektywa po raz kolejny mi się zmieni.
Pożyjemy zobaczymy.
P.S. Spotkałem się dzisiaj z kimś, kogo jeszcze trzy lata temu uważałem za najlepszego przyjaciela, a kto ponad dwa lata temu z bliżej nieznanych mi przyczyn przestał się do mnie odzywać. Musiałem go „upolować”, a dziś trafiła się wyśmienita okazja. Do tej pory się zastanawiam, czy było warto.
P.S. 2. Trzeba było mieć Ukrainę w dupie tak jak sugerowałem w ostatnim wpisie. Teraz Ruskie będą chcieli nam za to „podziękować” w imieniu Janukowycza.
Tak jak obiecałem wcześniej – pora na kilka słów o tym, jak to dałem sobie dobrowolnie rozkwasić nos.
Rzecz zaczęła się blisko rok temu. Miałem paskudne przeziębienie i za cholerę nie mogłem się pozbyć kataru. Lekarka skierowała mnie do laryngologa na profilaktyczne płukanko zatok. Zabieg okazał się całkowitym fiaskiem, ponieważ połowa mojego nosa praktycznie nie działała (btw – bogu dzięki za to, że nie muszę z większością lekarzy i specjalistów użerać się w państwowej służbie zdrowia – nie dałbym rady wyleczyć wtedy choćby kataru). Dostałem skierowanko. Miesiąc później wybrałem się do szpitala na wyznaczenie terminu kwalifikacji. Był dwa miesiące później. Na kwalifikacji dowiedziałem się, że muszę „męczyć się ze swoim nosem”. Nie wiem czy się męczyłem, bo miałem go w życiu złamane co najmniej trzy a w najgorszym wypadku nawet pięć razy (dwa razy miałem prawdopodobnie złamany nos jako dziecko – nikt mnie nie bił, po prostu byłem dość niebezpieczny sam dla siebie i czasem atakowałem twarzą twarde powierzchnie). Dla pewności przyjmuję średnią – cztery razy. Wg lekarza trzeba się tym było w miarę szybko zająć, czyli za kolejne osiem miesięcy.
Takie okresy oczekiwania są chore. Czekasz w sumie 10 miesięcy na zabieg. Nie wiem dlaczego mnie to dziwi – niektórzy ludzie czekają na swoje zabiegi po dwa lata i to często na zabiegi których potrzebują po to, żeby w ogóle żyć, a nie po to, żeby poprawić sobie komfort życia jak ja. Nie mniej jednak co innego jest o tym czytać, a co innego samemu tego doświadczyć. Tak naprawdę dla mnie to było coś dobrego, bo bardzo nie chciałem tego zabiegu. Nikt mnie specjalnie nie namawiał, ale mniej więcej wtedy zacząłem u siebie podejrzewać epizody bezdechu sennego, a że doczytałem gdzieś, że korekta przegrody nosa może to załatwić postanowiłem zaryzykować i dopiero jak nie podziała zacząć to badać i leczyć. Wracając jednak do meritum – przez ten czas zdążyłem o sprawie trochę zapomnieć i w znacznym stopniu się z nią oswoić.
Strach wrócił do mnie jakieś dwa tygodnie przed zabiegiem. Trzeba było załatwić trochę papierologii. A to zezwolenie na zabieg od lekarza (dziękuję ci prywatna, opłacana znacznie mniejszymi pieniędzmi niż składka zusowska, służbo zdrowia), a to zaświadczenie, że zęby w porządku (i znowu podziękowania dla prywatnego gabinetu gdzie udało mi się to załatwić razem z leczeniem „od ręki”). Wcześniej jeszcze badanie krwi w szpitalu gdzie mieli mnie naprawić. Koniec końców, zdążyłem ze wszystkimi papierami bez problemu i zadyszki. Nadszedł dzień sądu.
Zgodnie z karteczką, którą dostałem na kwalifikacji (i jakimś cudem nie zgubiłem przez ten czas) i zaleceniem pielęgniarki stawiłem się na izbie przyjęć oddziału otorynolaryngologicznego o godzinie 8.00. O godzinie 9 pojawił się wreszcie lekarz (godzina zmarnowana), potem tak wyszło, że puściłem dzieci przodem (po co miały się męczyć na korytarzu) i o 10 było po badaniu. Koło 10:30 po załatwieniu kolejnej dawki papierologii pojawiłem się wreszcie na oddziale po to tylko, aby się dowiedzieć, że nie ma dla mnie łóżka. Łóżko znalazło się godzinę później. W pokoju dzieci, które puściłem wcześniej. Myślicie, że mi dokuczyły? Skąd. Wbrew pozorom jestem już całkiem uodporniony na dzieci, a te były w miarę cicho. Wkurzyło mnie co innego. Że zabieg mam następnego dnia. To nie były zmarnowane godziny, tylko cały dzień w dupie... No to ja się kurwa nie dziwię, że szpitale nie mają kasy jak mogłem jeden dzień dłużej posiedzieć w pracy i przyczynić się do wzrostu PKB. A sorka – zrobili mi jedno badanie – EKG. Mogłem je sobie zrobić sam (oczywiście prywatnie), ale jakoś to przełknąłem. Wnerwiło mnie zrobienie ze mnie małpy w zoo, bo moją (jak się później okazało zmasakrowaną) przegrodę musiało zobaczyć aż czterech lekarzy. Nic przyjemnego.
Tego samego dnia, porozmawiała ze mną jeszcze sympatyczna pani anestezjolog. Była skora wytłumaczyć mi wszystko o co bym zapytał (a miałem do niej kilka pytań) niestety zgarnęli mnie laryngolodzy żeby sobie na mnie popatrzeć. Sami laryngolodzy nie byli skorzy do tłumaczenia mi czegokolwiek – mieli gotowe formularze i wymagali tylko na nich mojego podpisu (dowiedziałem się z nich, że jednym z powikłań jest wypadnięcie przegrody). W końcu nie mając tego papieru przed oczami nawet nie wiedziałem o co pytać, gdy czas nadszedł, więc aby dowiedzieć się na czym polegało to co mi zrobili musiałem zapytać cioci wikipedii (nie podam tym razem linka, bo mi się nie chce).
W dniu zabiegu zostawiłem portfel i komórkę w depozycie, licząc na to, że je odzyskam po pobudce. Cały ranek i południe oczywiście na czczo, plus jakaś tabletka (podobno uspokajająca), która trochę mnie uśpiła. Obudzili mnie przed zabiegiem, kazali się rozebrać do rosołu, zawieźli na salę operacyjna, a tam zastrzyk w wenflon i taką śmieszną maskę przykładają do twarzy i nagle gaśnie światło. Następne co pamiętam, to jak próbowałem wypchnąć językiem rurkę do intubacji (daremny trud, ale człowiek w takim półśnie nie za bardzo ma szansę na logiczną reakcję) i mi ją wyjmują – potem znowu nicość.
Pamiętam wjazd na salę chorych , ale potem zasnąłem. Jeszcze raz się obudziłem, ale tylko po to, żeby znowu zasnąć. Nie mogło to zająć dużo czasu, a w każdym razie mam takie wrażenie. Wiem, że w pewnym momencie się ubrałem w piżamkę, ostatecznie zwlokłem się z wyra gdy moja żona postawiła oddział na nogi próbując się do mnie dodzwonić – a komórka w depozycie. Dostęp do klucza do depozytu ma pielęgniarka oddziałowa, ale już jej nie było. W końcu jedna z pielęgniarek okazała się na tyle obrotna, że udało jej się dla mnie odzyskać mój środek komunikacji ze światem. Wtedy też zaczęły mnie boleć wszystkie mięśnie. Odkryłem, że nie bolą gdy szwendam się po korytarzu, więc łaziłem ile się dało. W lustrze zobaczyłem, że mój nos, który normalnie jest dosyć wąski teraz mógłby spokojnie należeć do kogoś o negroidalnym typie urody (czytaj: murzyna). Do tego pod nosem miałem taki śmieszny opatrunek, który łapał to co pomimo gąbek wsadzonych w nozdrza próbowało się z nich wydostać. Następnego dnia było tak samo tylko gorzej. Parę razy zalałem się krwią (mówię wam, nie ma to jak drożdżówka z dolewką krwi), kilka razy czułem jak spływa mi po gardle. Dostałem jakieś środki przeciwbólowe, ale mam pewne wątpliwości co do ich skuteczności. W każdym razie nos zaczął dokuczać już w nocy i przez cały dzień napierniczał niemiłosiernie. Znowu musiałem cały czas chodzić, żeby nie bolały mięśnie. Dowiedziałem się wtedy, że winne jest znieczulenie ogólne. Noc była kiepska ale dzień już bardziej znośny, zwłaszcza, że w końcu udało mi się opuścić oddział. Tego samego dnia w domu dostałem kataru.
Przez kolejne cztery dni byłem słaby, z obolałą głową, nosem, gardłem i zębami (gardło od tlenu, a zęby od rurki intubacyjnej). Do tego ciągłe zmiany opatrunków pod nosem i uczucie jakby te sączki w nosie drapały cię po mózgu. W nocy żeby się nie udusić glutami musiałem przyjmować dziwne pozycje. Nadszedł jednak wreszcie dzień wyciągnięcia mi zatyczek z nosa. Sam moment był nieprzyjemny i odrobinę bolesny, ale już po chwili niesamowita ulga. Odessanie szlamu z nosa i do ręki dostałem dwie garście ligniny (a garście mam typowo męskie) i polecenie, żeby przedmuchać kichawę. Powiem krótko – ilość krwi i glutów jakie ze mnie wypłynęły właściwie nie zmieściła się w dwóch moich garściach. Szybko się zatkałem ponownie, ale bez tych sączków i tak już było znacznie lepiej. Wieczorem, w dniu ich wyjęcia wreszcie było lepiej. Udało mi się nawet całą noc oddychać nosem.
Od tego czasu wreszcie zaczyna się robić lepiej. Co prawda ciągle zatykam się glutami, a smarkanie jest dosyć bolesne (cięgle krew i śluz), zwłaszcza, że ilości jakie ze mnie wychodzą ciągle są ponadprzeciętne. Na szczęście z każdym dniem jest trochę lepiej. Nikt mi o tym nie mówił, ale czuję szwy w nosie. Za kilka dni mam znowu pojawić się na oddziale i pewnie wtedy mi je zdejmą.
Na dzień dzisiejszy nie mogę powiedzieć, że poprawa jest jakaś super hiper zajebista i warta tego przez co trzeba przejść. Być może wynika to z faktu, że ostatni raz miałem złamany nos 15 lat temu i od tego czasu zdążyłem się przyzwyczaić do przepływu powietrza jaki mi dawał, natomiast kompletnie odzwyczaiłem się od tego rodzaju bólu (w ogóle od czasu gdy byłem nastolatkiem to strasznie zmiękłem). Z drugiej strony dwa, trzy dni po zabiegu twierdziłem, że w ogóle się to nie opłacało i tylko niepotrzebnie wystawiłem się na ból. Teraz raczej nie mam zdania. Być może za kolejnych kilka dni perspektywa po raz kolejny mi się zmieni.
Pożyjemy zobaczymy.
P.S. Spotkałem się dzisiaj z kimś, kogo jeszcze trzy lata temu uważałem za najlepszego przyjaciela, a kto ponad dwa lata temu z bliżej nieznanych mi przyczyn przestał się do mnie odzywać. Musiałem go „upolować”, a dziś trafiła się wyśmienita okazja. Do tej pory się zastanawiam, czy było warto.
P.S. 2. Trzeba było mieć Ukrainę w dupie tak jak sugerowałem w ostatnim wpisie. Teraz Ruskie będą chcieli nam za to „podziękować” w imieniu Janukowycza.
„Historia jak wiecie (...)” (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-03-21
„(...) bardzo lubi się powtarzać, więc kurwa mać ocknijcie się zaraz!”. Tak ze dwie dekady temu śpiewał niesławny już dziś (t)rapper Liroy. Opowiem wam zatem skróconą i stronniczą, a także dopasowaną pod tezę historię rozpoczęcia pewnej małej wojenki...
Rzecz zaczęła się niedługo po wielkim kryzysie z 1934 roku. Niewielki kraik w środku Europy odczuł go bardzo boleśnie, zwłaszcza, że strasznie przerżnął ostatnią wojnę w jakiej brał udział. Lud widział wybawienie w jednej osobie i pozwolił mu skupić w swych rękach pełnię władzy. Osobą tą był niejaki Adolf Hitler. Adolf szybko zabrał się za zapewnienie sobie poparcia społeczeństwa nie tylko wprowadzając kult jednostki, ale być może przede wszystkim dając prostaczkom chleba i igrzysk. Następnie Adolf zaczął w pewnym sensie reaktywować strefę wpływów jaką 1000 letnia rzesza miała 1000 lat wcześniej właśnie. Zaczął od połączenia dwóch, państw, które łączył wspólny język. Zastało to nazwane anschlussem Austrii. Hitler rozochocony brakiem wyraźnej reakcji państw zachodnich postanowił niedługo potem zająć Kraj Sudecki (zamieszkały głównie przez Niemców, acz należący do Czechosłowacji), a w końcu całą Czechosłowację. Ostatecznie rozpoczął w 1939 roku II WŚ wypowiadając wojnę Polsce, którą jak wszyscy pamiętamy srogo przerżnęliśmy pod nieomalże każdym możliwym względem i do tej pory za to płacimy. Niestety po raz kolejny państwa zachodu nie popisały się zdecydowaną reakcją, co zakończyło się niezłym łomotem rok później. Reszta historii dla poparcia mojej tezy nie jest już nam niezbędna.
Teraz popatrzmy na wydarzenia bieżące z cyklu Rosja vs Świat. Wladimir Putin, będący de facto autorytarnym władcą Rosji, za którego skinieniem ludzie znikają bez śladu, lub jeśli ma dobry humor lądują na kilka – kilkanaście lat w łagrze, chce reanimować Rosję Radziecką. Początkowo jego plan jest prosty – podbić militarnie Gruzję, pokazać, że z Armią Czerwoną, tfu, Armią Federacji Rosyjskiej ciągle należy się liczyć. I ta Armia Czerwona, pomimo całej swojej ilościowej przewagi nic nie wskórała. Rosja się ośmieszyła militarnie. Wszystko jednak wskazuje, że Wladimir poszedł do jakiejś biblioteki poszedł szukać sprawdzonych wzorców. Sprawa z Białorusią (myśleliście, że zacznę od Ukrainy, co?) bardzo przypomina sprawę z Austrią. Chociaż teoretycznie Białoruś nie stanowi jeszcze części Rosji, o tyle dużo do tego nie brakuje. O ile jednak, przynajmniej teoretycznie, na przeszkodzie do włączenia Białorusi do Rosji niewiele stoi, o tyle z Austrią nie było już tak łatwo (polecam przeczytać wcześniej podlinkowany artykuł na wikipedii na ten temat). Historia z Ukrainą i Krymem to wypisz wymaluj historia zajęcia Kraju Sudeckiego. Polityka jaką obecnie prowadzą państwa zachodu przypomina też niestety appeasment , który ułatwił Hitlerowi rozpętać piekło na ziemi. Dlatego też, skoro sprawy zaszły już tak daleko, nie należy pozwolić na jakiekolwiek więcej ustępstwa wobec Rosji, bo grozi nam cholerna powtórka z jebanej rozrywki. I proszę mnie nie rozśmieszać sankcjami, tylko wysłać kilka lotniskowców na Morze Czarne i ostrzegawczo „przez przypadek” zbombardować Kamczatkę. Całą.
Niestety podobieństw pomiędzy obecną Rosją a hitlerowskimi Niemcami jest więcej. Oby to było tylko złudzenie...
P.S. Zapytałem dzisiaj żonę: „Gdze jest czarny komputer?” (dla niewtajemniczonych – netbook). Usłyszałem: „Na kupce z komputerami”. P.S. 2 Mam wreszcie nową kanapę.
„(...) bardzo lubi się powtarzać, więc kurwa mać ocknijcie się zaraz!”. Tak ze dwie dekady temu śpiewał niesławny już dziś (t)rapper Liroy. Opowiem wam zatem skróconą i stronniczą, a także dopasowaną pod tezę historię rozpoczęcia pewnej małej wojenki...
Rzecz zaczęła się niedługo po wielkim kryzysie z 1934 roku. Niewielki kraik w środku Europy odczuł go bardzo boleśnie, zwłaszcza, że strasznie przerżnął ostatnią wojnę w jakiej brał udział. Lud widział wybawienie w jednej osobie i pozwolił mu skupić w swych rękach pełnię władzy. Osobą tą był niejaki Adolf Hitler. Adolf szybko zabrał się za zapewnienie sobie poparcia społeczeństwa nie tylko wprowadzając kult jednostki, ale być może przede wszystkim dając prostaczkom chleba i igrzysk. Następnie Adolf zaczął w pewnym sensie reaktywować strefę wpływów jaką 1000 letnia rzesza miała 1000 lat wcześniej właśnie. Zaczął od połączenia dwóch, państw, które łączył wspólny język. Zastało to nazwane anschlussem Austrii. Hitler rozochocony brakiem wyraźnej reakcji państw zachodnich postanowił niedługo potem zająć Kraj Sudecki (zamieszkały głównie przez Niemców, acz należący do Czechosłowacji), a w końcu całą Czechosłowację. Ostatecznie rozpoczął w 1939 roku II WŚ wypowiadając wojnę Polsce, którą jak wszyscy pamiętamy srogo przerżnęliśmy pod nieomalże każdym możliwym względem i do tej pory za to płacimy. Niestety po raz kolejny państwa zachodu nie popisały się zdecydowaną reakcją, co zakończyło się niezłym łomotem rok później. Reszta historii dla poparcia mojej tezy nie jest już nam niezbędna.
Teraz popatrzmy na wydarzenia bieżące z cyklu Rosja vs Świat. Wladimir Putin, będący de facto autorytarnym władcą Rosji, za którego skinieniem ludzie znikają bez śladu, lub jeśli ma dobry humor lądują na kilka – kilkanaście lat w łagrze, chce reanimować Rosję Radziecką. Początkowo jego plan jest prosty – podbić militarnie Gruzję, pokazać, że z Armią Czerwoną, tfu, Armią Federacji Rosyjskiej ciągle należy się liczyć. I ta Armia Czerwona, pomimo całej swojej ilościowej przewagi nic nie wskórała. Rosja się ośmieszyła militarnie. Wszystko jednak wskazuje, że Wladimir poszedł do jakiejś biblioteki poszedł szukać sprawdzonych wzorców. Sprawa z Białorusią (myśleliście, że zacznę od Ukrainy, co?) bardzo przypomina sprawę z Austrią. Chociaż teoretycznie Białoruś nie stanowi jeszcze części Rosji, o tyle dużo do tego nie brakuje. O ile jednak, przynajmniej teoretycznie, na przeszkodzie do włączenia Białorusi do Rosji niewiele stoi, o tyle z Austrią nie było już tak łatwo (polecam przeczytać wcześniej podlinkowany artykuł na wikipedii na ten temat). Historia z Ukrainą i Krymem to wypisz wymaluj historia zajęcia Kraju Sudeckiego. Polityka jaką obecnie prowadzą państwa zachodu przypomina też niestety appeasment , który ułatwił Hitlerowi rozpętać piekło na ziemi. Dlatego też, skoro sprawy zaszły już tak daleko, nie należy pozwolić na jakiekolwiek więcej ustępstwa wobec Rosji, bo grozi nam cholerna powtórka z jebanej rozrywki. I proszę mnie nie rozśmieszać sankcjami, tylko wysłać kilka lotniskowców na Morze Czarne i ostrzegawczo „przez przypadek” zbombardować Kamczatkę. Całą.
Niestety podobieństw pomiędzy obecną Rosją a hitlerowskimi Niemcami jest więcej. Oby to było tylko złudzenie...
P.S. Zapytałem dzisiaj żonę: „Gdze jest czarny komputer?” (dla niewtajemniczonych – netbook). Usłyszałem: „Na kupce z komputerami”. P.S. 2 Mam wreszcie nową kanapę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli
Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...
-
Oryginalnie opublikowany 2009-10-21 Do napisania poniższej notki zachęcił mnie artykuł przedrukowany na WP. W życiu spotkałem kilku zwo...
-
Kilka dni temu po raz pierwszy od 30 lat (prawie co do dnia, bo ostatni raz byłem tam latem 1988 roku) nogi moje nie tylko trafiły do Zakopa...
-
Jestem wielkim fanem SF, a w szczególności Star Treka (sorki drodzy miłośnicy Gwiezdnych Wojen - je też uwielbiam, ale to jednak bardziej f...