Oryginalnie opublikowany 2014-12-21
Prawa autorskie to generalnie temat rzeka i konia z rzędem temu, kto zna wszystkie kruczki z nimi powiązane. Ja sam miałem kiedyś przyjemność uczestniczyć w semestrze zajęć poświęconych prawu patentowemu, prawom autorskim czy wreszcie ochronie znaków towarowych itp. Do napisania tej notki zabierałem się jednak od dość dawna i mam nadzieję, ze uda mi się przedstawić wszystkie moje argumenty w taki sposób, aby były nie tylko zrozumiałe ale i przyjęte (może kiedyś UE się do tego przychyli - zwłaszcza znając niechęć KE do Microsoftu czy Google’a…).
Ok. Zacznijmy od krótkiego zreferowania obecnego stanu mojej wiedzy na ten temat. Prawo autorskie osobiste do utworu przysługuje twórcy (to znaczy, że zawsze masz pisać kto jest autorem). Nadawane jest ono niejako z automatu. Do tego mamy jeszcze prawa autorskie majątkowe, które w naszym kraju zwykle mają datę przydatności do spożycia na poziomie 70 lat. Prawem autorskim mogą być objęte takie rzeczy jak np. literatura (w tym komiksy), gry (planszowe, karciane, komputerowe czy dowolne inne), utwory muzyczne czy filmowe i na końcu programy komputerowe (jako całość). Prawa autorskie majątkowe można oczywiście sprzedać, wtedy w zależności od umowy ich nabywca staje się albo wyłącznym, albo jednym z kilku dysponentów tych praw. Często dzieje się tak w przypadku utworów muzycznych, gdy twórcy sprzedają część swoich praw autorskich wytwórniom, aby tamte lepiej zajęły się produkcją i innymi duperelami związanymi z dystrybucją dzieł, lub “dzieł” twórców. W przypadku naruszenia praw autorskich (o ile sprawa trafi do sądu) oprócz udowodnienia pozwanemu naruszenia tychże praw trzeba jeszcze przed sądem udowodnić, że to właśnie powód jest właścicielem tych praw.
Z patentami jest ciut inaczej bo tutaj w sądzie już nie trzeba udowadniać, że jest się wynalazcą jakiegoś rozwiązania technicznego, a tylko, że macie rozwiązanie z którym wasz patent jest zgodny i że pozwany je skopiował. Tutaj np. przejechali się trochę bracia Wright (ci od samolotu), bo opatentowali sposób sterowania samolotem poprzez wichrowanie całych skrzydeł, a gdy ktoś inny zastosował lotki sąd nie uznał tego za naruszenie patentu. W ogóle napisanie dobrego wniosku patentowego to jest sztuka sama w sobie. Po pierwsze musi być na tyle szczegółowy, żeby dało się jako tako zrozumieć jakiego rozwiązania dotyczy, ale nie na tyle, żeby po wygaśnięciu patentu dało się je łatwo skopiować czytając sam tylko wniosek (wiele firm rezygnuje z patentowania swoich rozwiązań tylko z obawy o zerżnięcie ich przez konkurencję gdy ochrona patentowa wygaśnie, z kolei słyszałem też o tym, że niektóre firmy gdy zgłosi się do nich wynalazca najpierw nie przyjmują wynalazku i tylko czekają aż ochrona patentowa się skończy by móc spokojnie i za darmo go przejąć, ale chyba ostatnio zmieniły się przepisy, bo wydawało mi się, że pierwszy patent “kupuje się” na 5 lat, a dłuższe są absurdalnie drogie, ale ciocia Wikipedia nie chce mi tego potwierdzić). Kolejna różnica pomiędzy patentem a prawami autorskimi jest taka, że o patent trzeba wystąpić samemu. Ochrona patentowa nie należy się nikomu z automatu.
Osobną całkowicie kwestią jest amerykańskie podejście do praw autorskich i patentów. Różni się ono nieco od tego do czego przyzwyczaiła nas babcia Europa. Amerykanie pozwalają sobie m. in. na patentowanie związków chemicznych, czy algorytmów (stąd absurdalne liczby patentów jakie posiadają Apple i Samsung i o które toczy się “wojna patentowa”, no ale jeśli jeden z nich dotyczy “urządzenia w kształcie prostokątu z zaokrąglonymi rogami”... to ja raczej wątpię, że jest on wyjątkiem a prędzej regułą).
Po tym przydługawym wstępie chciałbym wreszcie przejść do meritum tejże notki.
Uważam, że obecnie prawo autorskie (majątkowe oczywiście - i wszędzie dalej o ile nie napiszę inaczej o takowe mi chodzi) jest złe i powinno zostać zastąpione jeśli nie w całości to przynajmniej w dużej mierze prawem patentowym. Powinno to dotyczyć zwłaszcza korporacji. Po tej rewolucyjnej tezie zamierzam przedstawić swoje argumenty za nią.
Prawo autorskie w wielu wypadkach - zwłaszcza jeśli chodzi o oprogramowanie komputerowe - powoduje, że jego twórca może w zasadzie spocząć na laurach. Pomyślcie sobie, że gdyby wprowadzić zasadę, że program komputerowy może mieć jakąś tam prawną ochronę jedynie przez powiedzmy 10 - 15 lat to nie można by jak np. w przypadku wielu programów typu CAD po prostu mamić ludzi kolejnymi “rewolucyjnymi” zmianami w interfejsie. Gdybyście usiedli dziś do np. Auto Cada R14 (który pamięta XX wiek), to zauważylibyście, że zmiany jakie przeszedł od tamtego czasu to tak naprawdę głównie kosmetyka. Ogólna zasada jest ciągle taka sama. Gdyby został pozbawiony ochrony tymi przydługimi prawami autorskimi małe firmy spokojnie zaczęłyby go używać wiedząc, że nie stać ich na wodotryski. Podobnie miałaby się rzecz z WinXP. Gdyby był za darmo i pozbawiony jakiejkolwiek ochrony do tej pory dałoby się kupić lapsy z nim, a możliwość legalnego przeprowadzenia inżynierii odwrotnej spowodowałaby możliwość dalszego rozwijania tego środowiska przez inne niż M$ firmy. Dzięki temu Win10 mielibyśmy już pod koniec zeszłej dekady.
Jeśli zaś chodzi o pozostałe utwory - tutaj też bym wprowadził pewne rozgraniczenie.
Muzyka - maks 15 lat
Film - j.w.
Literatura - 25 lat
Znaki towarowe - bez limitu
Wzornictwo przemysłowe - 10 lat
Obrazy, grafiki, rzeżby, fotografie - 35 lat
Pozostałe na razie 20 latek.
Dlaczego tak, a nie inaczej? Po pierwsze chodzi mi o zmuszanie twórców do nie osiadania na laurach. Np. w dzisiejszej Polsce jeśli chce się dobrze zarobić na filmie to trzeba zrobić ekranizację lektury szkolnej. Najpierw zarabia się na tym, że zmusza się całe szkoły do pójścia na ten chłam do kina (do tej pory rzygam na samo hasło “Ogniem i mieczem”), potem wieczne miejsce na półkach wypożyczalni filmów ze względu nie na walory artystyczne, tylko dlatego, że znajdą się naiwni gówniarze, którzy będą woleli obejrzeć film niż przeczytać książkę. Dobre filmy, takie które przetrwają próbę czasu i szturmem wdarły się do kanonów kultury… dostęp do nich nie powinien być ograniczany.
Z muzyką na szczęście tak nie jest, ale i tutaj do tych starszych utworów wraca się niezmiernie rzadko. Z drugiej strony - wraca się już tylko do najlepszych. Tutaj jednak wychodzi na jaw moja niechęć do korporacji medialnych, które chcą zarobić na tym, że niektóre kawałki stały się już po prostu częścią kultury. Kazać za nie płacić (a w przypadku np. “The Wall” Pink Floydów cena za album jest jak dla mnie ciągle zbyt wysoka, a zaraz będzie 40-lecie wydania), to jak pozbawiać ludzi dostępu do czegoś.
Książki. Jako, że od lat próbuję napisać własną to wiem ile to roboty. Ale książki mają też i o wiele dłuższy żywot niż pozostałe dzieła. Niektóre w moich zbiorach mają już koło 20 lat (od chwili gdy je kupiłem - nie od chwili gdy zostały napisane) i do tej pory do nich wracam, mimo iż nie są jakimiś wybitnymi arcydziełami.
Pozostałe przypadki może kiedyś uzasadnię póki co ten wpis wymknął się nieco spod kontroli i na chwilę obecną zajmuje o wiele za dużo miejsca.
Nie mniej jednak moje intencje widać jasno. Skrócić ochronę, żeby wymóc większą presję na twórców. Niejako zmusić ich do większego wysiłku jeśli ciągle chcą zarabiać na swoich tworach. Nie mniej jednak nie powinno być tak, że nie ma żadnej ochrony - bo to z kolei działało by demotywująco, bo nie pozwałałoby twórcom zarobić, a przecież nie każdy chce pracować charytatywnie.
P.S. Wiecie co jeszcze jest złe? Amreykanskie podejście do korporacji - wg jednego z licznych precedensów jakie pojawiają się w ichnim sądownictwie korporacja ma tam takie same prawa jak człowiek, co niesie za sobą szereg różnych implikacji. Mnie jednak interesuje co innego. Jeśli korporacja ma takie same prawa jak człowiek, to gdy rękami swoich pracowników popełni przestępstwo to da się ją aresztować, osądzić i skazać?
Moje małe miejsce w sieci, gdzie wylewam z siebie swoje żale, ale tez i próbuję pokazać światu co mi się w nim podoba. Zalecam przeczytanie disclaimera - w którym opisuję zasady odnośnie przytaczanych przeze mnie faktów.
Etykiety
C#
(4)
Disclaimer
(2)
Druk 3D
(1)
Komputery
(10)
O blogu
(5)
Opowiadanie
(4)
Osobiste
(25)
Polityka
(22)
Post odzyskany
(36)
Programowanie
(4)
Spostrzeżenia
(41)
wazektomia
(1)
3 marca 2018
Komedia... (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2014-12-25
Czy ktoś kiedyś zwrócił uwagę na to, że film "Seksmisja" jest określany gatunkowo prawie tylko i wyłącznie jako komedia? Przecież to również jest film science-fiction. No i jest to chyba jedyny, udany, polski film science-fiction dla dorosłych.
Czy w ogóle istnieje jeszcze coś takiego jak polskie, mainstreamowe kino SF? Powstał może chociaż jeden film z tego rodzaju po 89 roku? Chyba nie... Choć przyznam, że chętnie obejrzałbym ekranizację np. "Grillbaru Galaktyka", choć z drugiej strony mogła by być równie spierdolona jak niesławny "Wieśmin".
P.S. I po świętach.
P.S.2. Moja żona miała swój udział w tworzeniu niektórych efektów do "Wieśmina". Zdaje się, że pomagała cyfrowo podpalić zamek w Malborku.
Czy ktoś kiedyś zwrócił uwagę na to, że film "Seksmisja" jest określany gatunkowo prawie tylko i wyłącznie jako komedia? Przecież to również jest film science-fiction. No i jest to chyba jedyny, udany, polski film science-fiction dla dorosłych.
Czy w ogóle istnieje jeszcze coś takiego jak polskie, mainstreamowe kino SF? Powstał może chociaż jeden film z tego rodzaju po 89 roku? Chyba nie... Choć przyznam, że chętnie obejrzałbym ekranizację np. "Grillbaru Galaktyka", choć z drugiej strony mogła by być równie spierdolona jak niesławny "Wieśmin".
P.S. I po świętach.
P.S.2. Moja żona miała swój udział w tworzeniu niektórych efektów do "Wieśmina". Zdaje się, że pomagała cyfrowo podpalić zamek w Malborku.
Po co wywarzać otwarte drzwi? (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2015-01-14
Od 25 lat w koło słyszę o protestach a to górników, a to stoczniowców. Wieczny płacz o to by ratować ich miejsca pracy, najlepiej bez ruszania czegokolwiek i z zachowaniem pierdyliona związkowych przywilejów (w ogóle przywileje związkowców w Polsce to porażka). Obecnie mamy kolejną powtórkę z rozrywki, jednak recepta jest gotowa od 1984 i co ciekawe opracowała ją pani premier, choć oczywiście zupełnie innego kraju.
Tym starszym pewnie już lampka się świeci. Ci młodsi może coś słyszeli, ale ja niestety nie wierzę w obecną młodzież. Nie mniej jednak nawet oni musieli usłyszeć określenie “żelazna dama”. Margaret Thatcher - premier Wielkiej Brytfanii w kilku prostych krokach poradziła sobie z bardzo podobną sytuacją. Zapytam więc ponownie “po co wywarzać otwarte drzwi”?
Dla tych co nie chcą łazić po jakichś dziwnych linkach, które czasem zamieszczam w tekście napiszę że pani premier Thatcher miała prostą metodę na wszystkie strajki - nie ulegać ani na jotę. Nawet jeśli w wyniku strajku głodowego paru kryminalistów się przekręciło.
Chciałbym aby premier Kopacz dołączyła do Pani Premier Thatcher w kategorii większe jaja niż jakikolwiek inny polityk (albo kaczka) funkcjonujący w warunkach demokracji.
P.S. I choć nie cierpię konserwatystów to jednak Panią Premier Margaret Thatcher bardzo szanuję za to, że potrafiła przeciwstawić się związkowcom.
Od 25 lat w koło słyszę o protestach a to górników, a to stoczniowców. Wieczny płacz o to by ratować ich miejsca pracy, najlepiej bez ruszania czegokolwiek i z zachowaniem pierdyliona związkowych przywilejów (w ogóle przywileje związkowców w Polsce to porażka). Obecnie mamy kolejną powtórkę z rozrywki, jednak recepta jest gotowa od 1984 i co ciekawe opracowała ją pani premier, choć oczywiście zupełnie innego kraju.
Tym starszym pewnie już lampka się świeci. Ci młodsi może coś słyszeli, ale ja niestety nie wierzę w obecną młodzież. Nie mniej jednak nawet oni musieli usłyszeć określenie “żelazna dama”. Margaret Thatcher - premier Wielkiej Brytfanii w kilku prostych krokach poradziła sobie z bardzo podobną sytuacją. Zapytam więc ponownie “po co wywarzać otwarte drzwi”?
Dla tych co nie chcą łazić po jakichś dziwnych linkach, które czasem zamieszczam w tekście napiszę że pani premier Thatcher miała prostą metodę na wszystkie strajki - nie ulegać ani na jotę. Nawet jeśli w wyniku strajku głodowego paru kryminalistów się przekręciło.
Chciałbym aby premier Kopacz dołączyła do Pani Premier Thatcher w kategorii większe jaja niż jakikolwiek inny polityk (albo kaczka) funkcjonujący w warunkach demokracji.
P.S. I choć nie cierpię konserwatystów to jednak Panią Premier Margaret Thatcher bardzo szanuję za to, że potrafiła przeciwstawić się związkowcom.
Jestem Frustratem i nie mam kredytu w CHF (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2015-01-20
Co więcej - dobrze mi z tym. Zacznijmy jednakowoż od początku. Po raz pierwszy z kredytami we Frankach Szwajcarskich zetknąłem się widząc reklamę takowego na jakiejś witrynie we wczesnych latach 90-tych. Już wtedy, będąc pacholęciem w pierwszych klasach podstawówki i nie znając szumnego obecnie terminu “ryzyko kursowe”, o oprocentowaniu kredytów nie wspomnę, czułem że branie kredytu w walucie nie może być dobrym pomysłem.
Być może uczuliła mnie na to styczność z dolarem (ojciec chociaż był tylko rybakiem to jednak liczył się w oczach państwa za marynarza jakieś tam dolce przez nasz dom się przewijały) i pamięć jak w czasie transformacji ustrojowej (chociaż trudno powiedzieć dzisiaj ile wtedy ja z tego rozumiałem) ceny walut tylko rosły. Z drugiej strony mogło wcale tak nie być. Skoro jednak sobie wyjaśniliśmy, że nawet dziecko czuło szwindel na braniu kredytu w walucie, to jakim cudem dało się na to nabrać całkiem pokaźne stadko ludzi, z których wielu jest całkiem niegłupich?
Z drugiej jednak strony - może oni wcale nie dali się nabrać? Przy zobowiązaniach tak długich jak kredyt hipoteczny (czyli w grę może wchodzić i ćwierćwiecze) może się okazać, że w sumie - mimo oczywistych trudności z jakimi obecnie borykają się spłacający kredyty w CHF - jeszcze wyjdą ma swoje - w końcu kto jest w stanie zagwarantować, że Szwajcarzy za chwilę znowu czegoś nie wymyślą (swoją drogą - to musi być kraj ludzi o nieźle zrytych baniach), co spowoduje że CHF stanieje powiedzmy do 1 zeta i utrzyma się na tym poziomie aż do wprowadzenia u nas JEŁRO.
Dlatego jestem przeciwny państwowej pomocy dla Frankowiczów, która miałaby podatnika kosztować choćby złotówkę (na bankach mi nie zależy - tam zawsze tylko chodzi o to, by zdoić z klienta kasę). Jeśli zaś chodzi o przemyślane zmiany w przepisach (jak choćby takie co nakazują bankom respektować ujemny LIBOR na CHF, bo nie może być tak, że całość ryzyka bierze na siebie klient o których dzisiaj było głośno) to ja nie mam nic na przeciw.
P.S. Zadzwoniła do mnie dzisiaj jakaś pani z Orange, twierdząc, że jako że jestem ich długoletnim klientem (na mojej karcie SIM widnieje jeszcze nazwa Centertel - ktoś to w ogóle pamięta?) to ma dla mnie super zajebistą ofertę, która niczym się nie różni od tego co sobie mogę sam wyklikać na ichniej stronie. Dla mnie taka oferta to obraza, bo jak się chce namówić klienta na “upgrade” taryfy na warunkach dostępnych dla wszystkich to proszę mi tu nie pierdolić o byciu długoletnim klientem. Jeśli ktoś tak zaczyna rozmowę od tego, że Orange chce docenić ten fakt, to niech mi nie wciska oferty dla każdego, bo w tym momencie nie różnię się dla nich niczym od kogokolwiek z ulicy. No ale dzisiaj liczy się tylko nowy klient, utrzymanie stałych klientów to nie jest widocznie coś z czym Orange chce sobie radzić. Ehhh… żałuję, że nie poprosiłem jej o przekierowanie rozmowy do managera. Może gdybym mu to wyłuszczył byłby wtedy cień szansy że przekazał by to wyżej i doszłoby do zmiany tej debilnej strategii marketingowej.
Ciekawostka (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2017-04-28
Zanurzając się w oparach samouwielbienia postanowiłem skonsultować się z wujkiem Google odnośnie tego, gdzie też właściwie podlinkowano moje wypociny. Dzięki temu znalazłem takie cuś (plik pdf). Artykuł i to poważny w którym mnie zacytowano. Co prawda sposób w jaki mnie, a właściwie moją radosną twórczość własną, tam przedstawiono ciężko nazwać pozytywnym (i szczególnie długim). Z drugiej strony, kto może pochwalić się tym, że chlapnął coś czym zainteresowały się osoby z PAN czy UW i to w kontekście naukowym.
P.S. Jak już wklejam linki, to tu macie taki jeden (do posłuchania). Całkowicie niezwiązany z niczym o czym tu pisałem.
P.S.2 O kurde, dwa wpisy w miesiącu! X rozbestwiasz się!
Zanurzając się w oparach samouwielbienia postanowiłem skonsultować się z wujkiem Google odnośnie tego, gdzie też właściwie podlinkowano moje wypociny. Dzięki temu znalazłem takie cuś (plik pdf). Artykuł i to poważny w którym mnie zacytowano. Co prawda sposób w jaki mnie, a właściwie moją radosną twórczość własną, tam przedstawiono ciężko nazwać pozytywnym (i szczególnie długim). Z drugiej strony, kto może pochwalić się tym, że chlapnął coś czym zainteresowały się osoby z PAN czy UW i to w kontekście naukowym.
P.S. Jak już wklejam linki, to tu macie taki jeden (do posłuchania). Całkowicie niezwiązany z niczym o czym tu pisałem.
P.S.2 O kurde, dwa wpisy w miesiącu! X rozbestwiasz się!
Krach systemu korporacji (post odzyskany)
Oryginalnie opublikowany 2017-09-06
Ostatnio zewsząd dowiaduję się jaka to praca w korporacji jest zła. Ludzie ze znawstwem i współczuciem piszą o wyścigu szczurów, nabijają się z “fakapów”, “kipijajów” i “dedlajnów”. Słowem rysują obraz piekła na Ziemi. Problem polega na tym, że większość tych ludzi zna pracę w korpo jedynie ze słyszenia. To teraz głos od kogoś kto w tym siedzi od 10 lat na co dzień.
W swoim nie takim znowu krótkim życiu pracowałem w firmach o różnej strukturze. Były to małe, jedno (a razem ze mną dwu) osobowe firemki, niewielkie przedsiębiorstwa zakładane przez kilku kumpli, średniej wielkości zakłady produkcyjne i usługowe. Były też poważniejsze przedsiębiorstwa rodzinne, duża postkomunistyczna fabryka i ze dwie korporacje. Firmy były zarządzane zarówno przez Polaków, jak i obcokrajowców, więc przekrój mam dość spory.
Mikrofirmy i małe przedsiębiorstwa (takie do 5-6 osób) to z mojej perspektywy umiarkowanie kontrolowany chaos. Mikrofirmy są jak wirujący bąk-zabawka. Kręcą się tylko tak długo, jak długo dostają energię z zewnątrz. Bez niej bardzo szybko upadają. Siedziałem akurat w usługach “dla ludności” i było to całkowicie nieprzewidywalne źródło utrzymania. Zlecenia raz były, a raz nie. Podobnie forsa. Godziny pracy wybitnie nienormowane, szansa na pracę “na etacie” znikoma. Właściciele mikroprzedsiębiorstw rzadko oszukują swoich pracowników pomimo braku umowy. Zarobki są zróżnicowane w zależności od branży, ale raczej nieregularne.
Średnie przedsiębiorstwa (max 50 osób). Pracowałem w trzech i w każdym trafiłem na “Janusza” biznesu, choć tylko spotkania z dwoma z nich wspominam źle, u trzeciego nauczyłem się tak dużo, że mogę nawet wybaczyć mu doprowadzenie mnie do nerwicy. W każdym z tych trzech przypadków próbowano mnie w taki czy inny sposób oszukać. Najbardziej zabolała mnie sytuacja, gdy nie dostałem swojej naprawdę marnej pensyjki przez miesiąc (a jako że dorabiałem tam w czasach ogólniaka to nie zarobiłem dużo), bo szef musiał sobie akurat wtedy zmienić samochód. Nie wypłacił pieniędzy bo za bardzo wydrenował firmową kasę, ale nowiutką terenówkę musiał mieć. Ja tych swoich marnych 150 zeta nie dostałem w ogóle, a reszta ludu ledwie połowę pensji. Jako, że byłem tam na czarno nie miałem zbyt dużych możliwości manewru. Pozmieniałem konfigurację kompa tak, aby po restarcie nie chciał współpracować (a był to bardzo nietypowy komp i już wtedy był bardzo archaiczny, więc mało kto go umiał obsługiwać) bez dalszych zmian w konfiguracji. Format nie wchodził w grę, bo nikt nie wiedział jak potem odzyskać dane. Miesiąc po tym jak wyszedłem oddali mi w końcu moją kasę, Kiedy indziej, już po studiach nie dostałem obiecanej forsy za projekt, bo klientowi się nie spodobał i nie chciał płacić (projekt wykonany w 100% pod opiekuńczym okiem szefa). Praca znowuż na czarnucha więc możliwości manewru niewielkie. Tym bardziej, że byłem młody i głupi i uwierzyłem, że kiedyś ta kasę dostanę… Ostatni Janusz był wysoce zawiedziony tym, że nie doceniłem pańskiej łaski i miałem czelność się zwolnić (kiedyś o tym pisałem na tym blogu). W każdym razie nie wypłacił mi kasy za nadgodziny. Próbował mnie też zrobić w trąbę z ekwiwalentem za urlop, ale że dość blisko współpracował z instytucjami państwowymi często miał audyty finansowe i z racji niezgodności w papierach musiał i tak w końcu wszystko mi oddać. Niektóre średnie firmy mają jeszcze jedną przykrą przypadłość - zdarza im się rzucić na projekty, które ich przerastają, lub zginąć na placu boju jeśli płatności się przeciągają. Opóźnienia w wypłatach czy oszustwa wobec pracowników są dość częste. Najgorszym podgatunkiem średniej firmy to tzw. “firma rodzinna”, gdzie o stanowiskach decyduje to kto jest czyim krewnym, a nie co umie. Szanse na awans - raczej znikome, chyba, że hajtniejsz się z córką/synem szefa. Aha i na koniec - twój zakres obowiązków zależy nie od tego na co się z szefostwem umówiłeś, tylko od tego na co dziś szef ma humor.
Duża postkomunistyczna firma. Często już w rękach nowego właściciela, ale starzy pracownicy bardzo dobrze pamiętają, gdy Wałęsa skakał przez płot, oraz, że “czy się stoi, czy się leży pensja zawsze się należy”. Mnogość przeróżnych archaizmów na przeróżnych szczeblach, układy i układziki które przetrwały dziesięciolecia, ale też i niechęć do rozwoju - w tym technologicznego. Bardzo często silna pozycja związków zawodowych. Polecam komuś, kto marzy o tym, że będzie 40-lat siedział na jednym i tym samym stołku. Nigdy w trąbę na kasie mnie nie zrobili, ale organizacyjny bezwład jaki tam panuje to było ponad moje siły.
No i wreszcie korpo. Zaliczyłem dwie, blisko współpracowałem z trzecią. Dla kogoś, kto z korporacjami (zwłaszcza międzynarodowymi) nie jest obeznany to pierwszy kontakt z korporacją może być szokiem. Ja na ten przykład myślałem, że trafiłem do jakiejś cholernej sekty. Na szczęście to była ta korporacji z którą jedynie współpracowałem. Gdy później trafiłem gdzie indziej dowiedziałem się, że korporacja to: zawsze porządnie rozliczone godziny pracy. Jeśli masz wszystko wprowadzone zgodnie z procedurami, to nie czeka cię zaskoczenie w dniu “Matki Boskiej Pieniężnej”, który jeśli jest przesuwany to tylko na wcześniejszy termin, nigdy na późniejszy. Procedury to druga fajna rzecz w korpo - nawet jeśli nigdy czegoś nie robiłeś, to gdzieś na to jest procedura, która podpowie jak to zrobić. Nawet jeśli w procedurze są głupoty, a ty postąpisz zgodnie z nią nikt wobec ciebie konsekwencji nie wyciągnie. Masz jasno ustalone obowiązki. Owszem zdarza się, że pojawia się potrzeba zrobienia czegoś więcej, ale nigdy pod przymusem. Jeśli odmówisz konsekwencji nie będzie. To samo z czasem pracy - masz wyznaczone godziny kiedy po prostu jesteś w pracy, a poza nimi możesz spokojnie odmówić. Korporacje też nie bardzo lubią zwalniać ludzi. Do tego stopnia, że prawie zawsze proponują rozwiązanie umowy za porozumieniem stron (trudniej wtedy wygrać przeciwko nim w sądzie jeśli będziesz chciał odzyskać posadę tą drogą), ale dorzucają do tego coś od siebie (np. szkolenia, lub pomoc w znalezieniu nowej pracy, albo dodatkową odprawę). Owszem, korpo posługuje się dziwnym językiem, takim swoistym ponglish, który generalnie jest dość śmieszny, a do tego niektóre procedury to debilizm w czystej formie, ale “wyścigu szczurów” jeszcze tam nie widziałem. Zresztą “wyścig…” do niczego dobrego nie prowadzi, bo pracownicy zamiast zarzynaniu się ku chwale swojego kierownika i jego dyrektora zaczynają skupiać się na zwalczaniu siebie nawzajem. W korpo pracuje się dużo i jest się z tego rozliczanym, co dla niektórych ludzi może być szokiem. Wydajność pracy jest jednym z kluczowych wskaźników jakie w korpo się mierzy i rzeczywiście może zdarzyć się tak, że w przypadku kolejnej akcji “redukowania kosztów stałych” zostanie się wytypowanym do szkolenia z poszukiwania nowej pracy (chociaż u nas eufemizm brzmi “postanowił kontynuować pracę poza strukturami”, a po tym kto wysyłał można się domyślić, czy sam postanowił, czy też ktoś mu w decyzji pomógł). No i oczywiście białe kołnierzyki (biurowi) zawsze mają lepiej od niebieskich (produkcyjnych).
Czy korpo jest więc najlepsze? Chuja nie! Jest najlepsze, jeśli twoją aspiracją jest zarabianie po to, żeby żyć. Jeśli jesteś jednak człowiekiem z pasją i chcesz się w niej realizować zawodowo - załóż własną firmę. Tylko błagam - jak będziesz na etapie średniego przedsiębiorstwa nie rób w ludzi w chuja w ten typowy, jakże polski sposób.
Posty odzyskane.
Witam serdecznie w ten dzień, w którym śnieg dość intensywnie zalega na ulicach (bo na szczęście zrobił sobie małą przerwę od padania). Niniejszym wpisem zapowiadam, iż podejmuję próbę odzyskania notek z mojego poprzedniego bloga, które najbardziej lubię. Notki te opatrzone będą odpowiednią etykietą, oraz dodatkowo w tytule dodawał będę "(post odzyskany)".
Wybierać będę raczej wpisy nie związane mocno z czasami kiedy powstały (we wpisie pojawiać się będzie data oryginalnej publikacji), siłą więc rzeczy będą to materiały nieco bardziej osobiste uzbierane przez 12 lat mojej radosnej twórczości na poprzednim blogu.
P.S. Popełniłem tam niecałe 200 notek, ale spokojnie - większość z nich dawno już jest nieaktualna.
Wybierać będę raczej wpisy nie związane mocno z czasami kiedy powstały (we wpisie pojawiać się będzie data oryginalnej publikacji), siłą więc rzeczy będą to materiały nieco bardziej osobiste uzbierane przez 12 lat mojej radosnej twórczości na poprzednim blogu.
P.S. Popełniłem tam niecałe 200 notek, ale spokojnie - większość z nich dawno już jest nieaktualna.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli
Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...
-
Oryginalnie opublikowany 2009-10-21 Do napisania poniższej notki zachęcił mnie artykuł przedrukowany na WP. W życiu spotkałem kilku zwo...
-
Kilka dni temu po raz pierwszy od 30 lat (prawie co do dnia, bo ostatni raz byłem tam latem 1988 roku) nogi moje nie tylko trafiły do Zakopa...
-
Jestem wielkim fanem SF, a w szczególności Star Treka (sorki drodzy miłośnicy Gwiezdnych Wojen - je też uwielbiam, ale to jednak bardziej f...