3 marca 2018

Święta w nowym wydaniu. (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2011-12-24

Ach cóż to jest za końcówka roku. Najpierw szukanie autka dla żony (co de facto zakończyło się naszą własną wersją „zakupu kontrolowanego”), do tego jeszcze kilka kłopotów z młodym, bo naszej pediatrzycy wydawało się, że chłopak jest opóźniony ruchowo (a po prostu chłopak się rozwija w swoim tempie). Z szukania wyszło, że: Toyota Yaris z roku 2001 ma promień skrętu tankowca i moc komara, ciężko znaleźć Corsę, która nie jest w jakiś sposób podejrzana, Micra jest jednak tak mikra jak ją piszą, Peugeot 206 mimo swojej wielkości jest dość ciasny w środku, Clio choć młode wiekiem potrafi być strasznie zużyte jeśli jeździło jako autko flotowe. Pięknie za to sprawują się tzw. „trojaczki”, czyli Aygo, 107 i C1. Jeśli najdzie mnie wena, może zrobię z tego kolejną notkę z cyklu „licencja na testowanie”, ale raczej się na to nie zanosi. Jeśli zaś idzie o młodego, to dobrze, że w tej chwili śpi. Czasami człowiek aż tęskni do tego jak chłopak był tylko małym pełzakiem, który ledwo odrywał górne kończyny od poziomu podłogi. W tej chwili potrafi już ściągnąć niemal wszystko ze stołu, co tylko trafi w ten nieszczęsny zasięg jego małych łapek. Cierpią na tym głównie nasze komórki i wszystkie piloty. Jest szansa, że młody do swoich urodzin będzie już sam chodził. I tyle by było z jego opóźnienia. W dwa tygodnie wszystko nadrobił.

No ale miało być o świętach. W końcu dzisiaj mamy (jeszcze) wigilię. Jeśli ktoś jeszcze pamięta, to pięć lat temu pisałem raczej o tym, że niespecjalnie lubię święta, na szczęście wysiłki mojej żony aby to zmienić nieoczekiwanie przyniosły rezultaty. Paradoksalnie pomogła jej w tym śmierć mojego ojca, który pożegnał się z nami pod koniec stycznia. Nie pojechaliśmy do niego na wigilię. Bracki, który siedzi sobie w krainie Irlandią zwaną ściągnął do siebie moją Matkę, więc nie mam jej na głowie. Teściowie w zasadzie jakoś ani się do nas nie wpraszali, ani nie próbowali nas ściągnąć do siebie (szwagier trochę próbował, ale odmówiliśmy). Wszystko to zaowocowało tym, że tą wigilię spędziliśmy tylko w trójkę. Jedzonko w dużej części przygotowaliśmy wczoraj, dzisiaj za to dałem ciała z rybą, nie mniej jednak nie było z tym najmniejszego problemu, bo robiliśmy tylko dla siebie, więc nie trzeba się było tak spinać. Ogólnie wyszło spokojnie i super. Nikt się nie spóźnił, młody dostał wigilijną porcję mleka i całą kolację przespał. Potem były jak zwykle prezenty. Życzyłbym sobie zawsze takich świąt, choć wiem, że to raczej niemożliwe. Co prawda obecną chwilę miałem spędzić z żoną no powiedzmy trochę inaczej, ale młody stawiał zbyt duży opór przy próbach położenia go spać, więc żonka padła razem z nim, a ja klepię ten tekst.

Trochę dałem ciała z prezentami. Zawsze się starałem, żeby były albo zgodne z zamówieniem, albo dobrze dopasowane, a tym razem zapomniałem kupić żonie drobiazgu na mikołajki, dostała więc z tej okazji płytę, którą zamówiła sobie na dzisiaj. Na gwiazdkę dostała więc: kapsel od wlewu płynu do spryskiwaczy, polską instrukcję obsługi do jej autka, a także prostownik i darmowe ładowanie akumulatora, który przez drobne niedopatrzenie udało jej się rozładować. Możecie mi wierzyć, że co się namęczyłem z tym akumulatorem to moje.

Jeszcze a propos świąt. Mimo że ludzie narzekają, że komercjalizacja tego święta przekracza wszelkie granice, to ja muszę się przyznać, że ostatnimi czasy albo się wyjątkowo uodporniłem, albo jakoś z roku na rok specjalnych świątecznych reklam jest mniej. Do tego praktycznie nie zauważyłem żeby w tym roku w sklepach pojawiały się świąteczne dekoracje. Nawet „Last Christmas” nie usłyszałem w radiu. Tylko jeden gówniarz śpiewający „Cicha Noc” zakłócił jedno z moich popołudni i do tego jakoś w środę, czyli nawet dość blisko świąt (swoją drogą – czy oni znają tylko tą jedną kolędę? ). Do tego jakoś nie trafiłem ani na Kevina, ani na Szklaną Pułapkę ani dziś, ani w zapowiedziach na kolejne dni. Czyżby polskie Święta się zdekomercjalizowały? Byłby to chyba ewenement na skalę światową. Nie mniej jednak jak już wcześniej wspomniałem może po prostu wyjątkowo się uodporniłem i do tego cierpię na wybiórczą ślepotę.

P.S. Wesołych Świąt!

Zanim napiszesz... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2012-03-04

Na początku chyba powinienem się przyznać, że jestem miłośnikiem filmu. Może nie jakimś tam wybitnym kinomanem – co to to nie, ale  lubię sobie czasem zarzucić jakiś filmik i odprężyć się nieco. Nie wiem jak większość z was moi ukopani rodacy, ale ja dość wcześnie nauczyłem się władać mową naszych braci z wysp, tak więc odkąd skończyłem osiem lat, tak dobijają mnie przeróżne tłumaczenia z tego języka.

Kwiatków takich jak „Die Hard” przetłumaczonych na „Szklana pułapka” nie zamierzam tutaj komentować – wpadki przy tłumaczeniach tytułów filmów były wyśmiewane tyle razy, że już przestało to być śmieszne. Zamierzam raczej lekko przejechać się po tłumaczach profesjonalistach i amatorach.

Profesjonaliści. Są tak zajebiści, że jak nie znają jakiegoś słowa, to nawet o tym nie wiedzą. Brylują, albo raczej jeszcze do niedawna brylowali tłumacze współpracujący z TVP (teraz niestety nie mam rozeznania, bo telewizji publicznej nie oglądam w ogóle). Przykład, który najbardziej utkwił mi w pamięci: org. – „You’re brilliant! – tłum. „Jesteś brylant!”. Szkoda, że nie pamiętam z jakiego to filmu było, ale naprawdę – jeśli znacie mowę Szekspira posłuchajcie sobie nie tylko tego co mówi lektor, ale też i aktorzy. Bardzo często są to dwie zupełnie różne rzeczy. Osobną kwestią są tzw. „nieprzetłumaczalne gry słów”. Tutaj tłumacze zajmujący się książkami mają zadanie ułatwione – tłumaczą dosłownie i dodają sobie o taką gwiazdeczkę* i jest git. Ci co znają język sobie odtworzą, ci co nie znają niech się wypchają. Z filmami niestety nie ma tak łatwo i nie można ot tak sobie dorzucić gwiazdki, czy ekstra napisu z tłumaczeniem o co kaman. Dostajemy w zamian za to (częściej, ale za to często z beznadziejnym efektem) jakąś nieudolną próbę dosłownego tłumaczenia, ale takiego z wytłumaczeniem, albo (rzadziej, ale zdecydowanie lepiej) jakąś polską grę słów, dopasowaną do sytuacji. To drugie jest praktycznie koniecznością przy dubbingu (np. „oryginalny” Shrek mnie nie powalił, ale przy „polskim” płakałem ze śmiechu) gdzie nie można ani kwestii pominąć, ani zbyt zagłębić się w wyjaśnianie o co chodzi.

Dochodzimy teraz do amatorów. To właśnie amatorzy są odpowiedzialni za jakieś 99% (a może i 100) tekstów „dla niesłyszących”, których mogą oni używać razem z filmami nie dystrybuowanymi przez „Gutek Film” w Polsce. To jest naprawdę porażka co tam się wyczynia. Weźmy pod lupę np. serial „Chirurdzy” (i znowu słabe tłumaczenie tytułu, choć na szczęście nie beznadziejne i bezsensowne – dosłowne tłumaczenie i tak zagubiło by dodatkowy smaczek w postaci nawiązania do jednego z podstawowych podręczników anatomii używanych w USA napisanego przez Dr Gray i najczęściej opisywanego jako „Gray’s Anatomy” – literka różnicy). Wg naszych uzdolnionych inaczej amatorów „on call room” to jest „pokój wezwań”, a ja mógłbym się założyć, że jednak „dyżurka”. Dr House „TB” po Polsku „TiBi” – a ja jednak twierdzę że gruźlica – inny przypadek, ta sama choroba tylko w pełnym brzmieniu „tuberculosis” (jednak nie jestem taki zajebisty jak myślałem, bo kurde sprawdziłem pisownię) – „białaczka”. Podpowiem od razu – białaczka to „leucemia”. „CT” – wg tłumacza „rezonans”, wg mnie jednak „tomografia komputerowa” – rezonans to MRI. „Big Bang Theory” a.k.a. „Teoria Wielkiego Podrywu” (znowu benzadziejne tłumaczenie tytułu – co złego było w oryginalnym? w końcu serial nie koncentruje się na podrywie, tylko na fizykach-dziwakach). „Armadillo” – bez zmian, a ja jednak twierdzę, że to nie jest nazwa własna a cholerny pancernik (zwierzak, nie statek, bo statek to byłby „dreadnought”). No kurde przykładów są dziesiątki tysięcy i nie ma sensu wymieniać ich wszystkich nie mniej jednak każdy jeden z nich można wyjaśnić za pomocą cholernego internetu. Przyznaję, że gdyby nie moje wrodzone lenistwo mógłbym to zrobić lepiej niż zdecydowana większość osób, która się za to zabiera, ale ja też i radzę sobie bez tego.

Osobną kategorię stanowią tłumacze reklam, marketingowcy oraz korporacyjna hołota. Głupota co niektórych jest po prostu onieśmielająco-przytłaczająco-przeogromna. Sztandarowy przykład – mały napisik, często na dole ekrany w reklamach np. tuszu do rzęs. Napisik ten głosi „efekt udramatyzowany”. Co to znaczy? Ktoś kazał zabić się jego matce i zalał się łzami, czy jak? No bo jak udramatyzować efekt wyjebanych w pizdu kosmos rzęs? Wystarczyłoby napisać „efekt wystylizowany”, dobre określenia to też: podkreślony, wyolbrzymiony, przejaskrawiony. „To dramatise” – w języku naszych braci z Lądka Zdroju ma trochę inny wydźwięk (mimo iż generalnie znaczenie jest takie samo) niż dla nas. Marketingowcy z kolei wymyślają przedziwne tłumaczenia nazw rzeczy o których nie mają zielonego pojęcia. Częsty przypadek – „frequency inverter” – inwerter częstotliwości, fajnie, ale to urządzenie ma swoją polską nazwę – falownik. „Design” – jako dezajn – słowo, które legalnie w naszym języku nie występuje, a oznacza w zależności od kontekstu: wygląd, projekt, krój i pewnie jeszcze kilka innych by się znalazło. Tutaj wchodzimy też trochę w kompetencje korporacyjnej hołoty, która często nawet nie wie jak po polsku nazywa się stanowisko które zajmują, bo są zbyt leniwi bo to sprawdzić. I tak np. „HR specialist” to nie jest „specjalista HR”, tylko „specjalista ds. zasobów ludzkich” i tak dalej...

No, to po raz kolejny wylałem swoje żale. O ile jednak – gdy powstawała – dziwiłem się ustawie o „ochronie j. polskiego”, tak teraz uważam, że powinno się do niej dodać kary cielesne.

P.S. Czy ktoś zna jakiś skuteczny i bezpieczny dla dziecka i jego psychiki sposób, aby przestało się budzić w nocy i dawało się wyspać jeden dzień w tygodniu?

Gen (nie)wiary (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2012-12-10

Witam po długiej przerwie spowodowanej tym razem kompletnym brakiem chęci na spędzanie tych niewielu wolnych chwil przed komputerem (sorka TV wygrywa jako medium całkowicie niewymagające aktywności umysłowej). Notkę jednak pod wpływem rozmów w pracy zasłyszanych postanowiłem popełnić. I to by było tytułem wstępu.

Skąd tytuł? Otóż okazuje się, że jakieś 70% populacji posiada coś takiego jak „gen wiary”. Gen ten odpowiada za to, że ci ludzie są naprawdę w stanie szczerze uwierzyć np. w religię, partię czy inne ideały. Okazuje się, że nawet ateizm może być nie tyle brakiem wiary, co wiarą w nieistnienie żadnego bóstwa.

Ja podejrzewam, że jestem nieskromnym przedstawicielem tych 30%, które za cholerę nie jest w stanie wywołać u siebie głębszej i szczerej wiary w mniej więcej cokolwiek. Co więcej – ja nie tylko nie chcę, czy też nie mogę bezpodstawnie uwierzyć w żadne bóstwo, ale też i zostać wojującym ateistą. Co więcej, w przeciwieństwie do tych 70% mnie to kompletnie nie przeszkadza. Nie mam potrzeby zapierdalania co niedzielę do kościoła, sobotę do synagogi, czy piątek do meczetu (nie wiem niestety jakie dni tygodnia obrali sobie ludkowie z dalekiego wschodu za koniec weekendu, ale to już ich problem). Nie odczuwam też palącej potrzeby uświadamiania każdego że wiara jest mu niepotrzebna bo nikogo tam nie ma. Nawet jeśli na jakiś czas dam się ponieść jakiejś idei, czy filozofii to zwykle na krótko i bardzo mnie boli widok już najmniejszej siatki pęknięć pokrywającej ów twór, a że bólu nie lubię, to zmieniam front (proszę do tego nie mieszać mojej sympatii do PO bo ja jestem z tych, co to nie z Donaldem, a przeciw Jarkowi – wybieram po prostu tego, który mniej plącze się w zeznaniach).

Idą święta ludkowie, tak więc pamiętajcie, żeby za dwa tygodnie iść uczcić 2012 urodziny dżizasa, który podobno urodził się jednak w kwietniu i różne źródła różnie podaję ale na pewno nie pierwszego roku naszej ery... Gdybym był bogiem nie zgodziłbym się na takie bezczelne przesuwanie daty moich urodzin, bo tak komuś było wygodniej „nawracać”.

P.S. Święta obchodzę, bo owszem jestem hipokrytą i czasem nie wstydzę się do tego przyznać – w końcu chodzi o żarcie i prezenty.
P.S.2. Czas rozpocząć przygotowania do Wielkiej Okupacji Kuchni. Buahahahahaaa!!!

"Naród chce czerwonej gwiazdy, krzyczy wiec: komuno wróć!" (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-01-31

I kolejny raz tytuł do czegoś nawiązuje - tym razem jest to klasyk Big Cyc. Wszystko, by pomoc mi sparafrazować moje zdanie na temat niedawnego, piątkowego strajku kolejarzy.

Są trzy grupy zawodowe, które najbardziej straciły na upadku komunizmu. Pierwsza z nich to stoczniowcy, druga górnicy, a trzecia to oczywiście kolejarze. Za komuny każda z tych grup miała dobrze, niczym przysłowiowy pączek w maśle. Niestety (dla nich), gdy komuna padła skończyły się przywileje i od tej pory dupa. Wieloletnie zaniedbania, często tez brak jakiejkolwiek kultury pracy, przyniesione z komunistycznych czasów wizje czy to wcześniejszych emerytur, czy możliwości życia lepiej od innych przywiodły do tych zawodów wielu ludzi, którzy tylko i wyłącznie myśleli o sobie. Ich postawa często, niestety negatywnie, oddziaływała na tych, którzy chcieli tam pracować ze względu na życiową pasje.

Tacy to właśnie ludzie chętnie garnęli się do trzynastych i czternastych pensji, deputatu węglowego, czy wreszcie darmowych przejazdów. I bądźmy szczerzy - wszystkim obdarowywanym to pewnie odpowiadało. Osobiście nie pracowałem w tych czasach. Mnie kurde jakoś nikt nie chciał dać nic za darmo. Na swoja premie muszę sobie zapracować (dobrze przynajmniej, że wskaźniki według których jest liczona są jasne i przejrzyste), zniżki na produkty swojej firmy mam na poziomie 10% (czyi mniej niz. dobry klient), a ostatnio jeszcze obcięli mi przerwę. Wiecie, co wam jednak powiem? Dzięki obcięciu tej nieszczęsnej przerwy nie tylko dostałem podwyżkę, ale i wyższą premie. Bo mogłem w ciągu jednego dnia wykonać więcej pracy. Rezultat jest taki, że przynoszę do domu sporo więcej.

Jak to się ma do kolejarzy? Ano tak, że nasi dzielni ludzie pracy mieli bilety z 99% zniżka nie tylko dla siebie, ale też i dla swoich rodzin. Dodatkowo, po przejściu na emeryturę zachowywali ten przywilej. Czy jednak wiecie, co wywołało wśród nich takie wielkie oburzenie? Zniżki miały się zmniejszyć do 80%. Mieli je tez stracić emerytowani kolejarze i zdaje się że i rodziny tych pracujących. Szczerze? Gdy usłyszałem, jakie hasła oni z siebie tam wypluwali, to byłem przekonany, ze oni maja tam może z 30% tej nieszczęsnej bonifikaty i chcą im ją całkowicie zabrać, ale to chodziło tak naprawdę nie wiadomo o co. Gdybym ja był szefem PKP to naprawdę załatwiłbym im 30% zniżki, plus ewentualnie darmowe przejazdy w przedziałach służbowych dla podróży związanych z praca, lub powrotem z niej. Reszta to tylko ulgi ustawowe.

Strasznie mnie wkurza jak ludzie chcą benefity nic z siebie w zamian nie dając, a tak to właśnie z zewnątrz wygląda na kolei.

P.S. Czy ktoś rozumie, o co to cale wielkie halo z premiami dla marszałka i wicemarszałków? Przecież politycy nie zarabiają tak znowu wiele, jeśli porównać to do pieniędzy jakimi zarządzają. Obcinanie im jeszcze premii tylko zwiększy podatność na korupcję.
P.S. 2 Z góry przepraszam jeśli gdzieś pominąłem "ogonek" któregoś z polskich znaków. Notkę oryginalnie pisałem na urzadzeniu, gdzie umieszczanie ich nie było najwygodniejsze.

Mózgotrzepaczka 3000 (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-02-08

Mojej niemłodej już matce padł był odkurzacz. Odkurzacz produkcji polskiej, pamiętający chyba jeszcze prezydenturę Wałęsy, w najgorszym wypadku pierwszą kadencję Kwaśniewskiego. Niestety trochę trzymany w zimnej sieni, przyniesiony do ciepłego pokoju zawilgotniał, a po włączeniu do prądu widowiskowo (podobno) wyzionął ducha. Stary był i niezbyt piękny, szkoda go nie było. Sprawa skończyła się na tym, że ze względu na zbliżające się urodziny mojej szacownej rodzicielki postanowiłem sprawić jej nowy odkurzacz...

W tym miejscu zaczyna się moje osobiste piekło i normalnie chciałbym niczym niektórzy osobnicy z poprzedniej mojej notki krzyknąć „komuno wróć!”. Za komuny sprawa była jasna – człowiek się cieszył jak w ogóle kupił jakiś odkurzacz. Marka i model były w zasadzie bez znaczenia. I to była prawda, jak nie zepsuł się od razu po włączeniu do kontaktu, to mógł działać niemal wieczność. Ludzie najczęściej pozbywali się ich dlatego, że po dwudziestu latach rzygali już na ich widok, ewentualnie podobnie jak moja matka popełnili gdzieś poważny błąd w eksploatacji (np. próbowali odkurzyć taflę jeziora) i urządzenie zaczęło odmawiać współpracy.

W dzisiejszych czasach, idąc „w ciemno” do sklepu AGD z zamiarem zakupu odkurzacza, to nie boję się jak moi rodzice ponad 25 lat temu na hasło „poproszę odkurzacz” odpowiedzi „nie ma”. Boję się pytania „a jaki ma być?”. Najchętniej bym odpowiedział „dobry”, ale bądźmy szczerzy, gdybym wziął grupę dowolnych stu sprzedawców, dostałbym grupę stu wzajemnie wykluczających się propozycji. Ponieważ tak jak każdy, chcę kupić coś możliwie najlepszego, w możliwie najniższej cenie, najlepiej jeszcze do tego taniego w eksploatacji, próbowałem zrobić jakieś rozeznanie w temacie.

W pierwszej kolejności dowiaduję się, że na dzień dzisiejszy, w interesującym mnie przedziale cenowym jest coś koło czterystu modeli odkurzaczy kilkunastu, może kilkudziesięciu producentów. No i zonk. Myślę więc – no to poczytamy opinie i tutaj zaczyna się prawdziwe mózgotrzepanie. O tym piszą, nie kupuj, bo śmierdzi, inni piszą, kup, bo ma funkcję obciągania na siedząco, potem znowu piszą, nie kupuj bo nie lata, a potem kup, bo pływa itp. itd. Do tego wszystkiego jeszcze dochodzą opinie pisane przez producentów i ich konkurentów, które jeszcze bardziej zaciemniają obraz sytuacji. Słowem można dostać przysłowiowego pierdolca. Jest jednak jedna, niepokojąca rzecz, co do której większość opinii jest zgodna – trwałość dzisiejszych urządzeń jest po prostu do dupy, no ale „planowana nieprzydatność” to już temat na inną notkę, która powstanie nie wcześniej, niż mnie coś takiego bezpośrednio boleśnie dotknie. Konkludując jednak ten paragraf – ciągle nie wiem co kupić, a czasu coraz mniej. I nie, nie proszę o rady w komentarzach, bo to i tak do niczego nie prowadzi. Pójdę pewnie do sklepu i wybiorę taki, który mi się spodoba i będzie sprawiał wrażenie solidnego.

Powinni ustawowo wprowadzić limit modeli jednego wyrobu na jednego producenta: tani i badziewny, zrównoważony za rozsądne pieniądze i premium z wszystkimi wodotryskami. Nie byłoby łatwiej?

P.S. Najbardziej jednak mnie przeraża, że moja pralka zaczyna powoli odmawiać posłuszeństwa i na marzec żona zarządziła zakup nowej...

Co było gdyby... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-02-27

Zawsze gdy w telewizorni leci odcinek w stylu "co by było gdyby główny bohater w kluczowym momencie swojego życia zrobił coś inaczej" nachodzi mnie pytanie - które wybory mojego życia miały kluczowe dla niego znaczenie. Podejrzewam, że fakt, że dzisiaj na śniadanie zjadłem kanapkę ze szprotem w sosie pomidorowym nie miało najprawdopodobniej żadnego znaczenia, ale fakt, że hajtnąłem się z dziewczyną poznaną na dyskotece już raczej był kluczowy.

Czytałem kiedyś dosyć stare opowiadanie jednego z jeszcze radzieckich pisarzy SF, oczywiście jak zwykle nie mogę sobie przypomnieć ani tytułu, ani autora, w którym grupa studentów chyba politechniki moskiewskiej, buduje - w sumie dla zabawy, urządzenie które potrafi znaleźć taki właśnie kluczowy moment w życiu i ekstrapolować prawdopodobny przebieg zdarzeń gdyby stało się co innego. Okazuje się, że jeden ze studentów spotkał dzień wcześniej w metrze dziewczynę, z którą zamienił kilka słów i zabrakło dosłownie jednego zdania by okazało się, że dziewczę to mogło być miłością jego życia. Od tego czasu koleś jeździ tym nieszczęsnym metrem w poszukiwaniu tejże kobiety.

Innym przykładem z literatury niepoważnej jest urządzenie "wotif" znane z niezbyt popularnego w Polsce komiksu o przygodach pewnego włochatego kosmity z planety Melmak imieniem Alf. Tam wystarczyło zadać pytanie w stylu "co by było gdybym zjadł na śniadanie tuńczyka zamiast szprota", a już urządzenie raczyło nas holograficzną opowieścią o możliwych konsekwencjach tego czynu.

Szkoda, że urządzenia tego typu to raczej bardziej sfera magii niż nauki, bo nigdy nie przekonam się do czego doprowadziły moje wybory. Czy rzeczywiście dobrze się stało, że dokonałem niektórych wyborów, a które dziś uważam za złe? Być może niektóre z tych, które uważałem za trafne wcale nie były tym, co w rezultacie przyniosło mi najwięcej szczęścia? Być może najważniejszy punkt mojego życia był tak niepozorny, że podobnie jak ten biedny student po prostu go przeoczyłem? Czy tylko ja sobie zadaję takie pytania?

P.S. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Ciągle jestem chory i ciągle czekam na narodziny drugiego synka.

„Wasze matki, wasi ojcowie” (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2013-06-20

Taaaak, tytuł od razu sugeruje o czym ma być. Przyznaję się więc do konformizmu i postanowiłem sam wypowiedzieć kilka słów w tej jakże ostatnio popularnej materii. Serial o podobnym tytule jak moja notka zdaje się widziało kilka milionów Polaków - w tym i ja (no dobra, umknął mi początek pierwszego odcinka). Było to pierwsze moje spotkanie z filmem realizowanym przez Niemców o II WŚ, byłem trochę ciekaw jak oni to widzą (bo że widzą to inaczej niż my to nie ulega żadnej wątpliwości). Notka zawiera całkiem sporo elementów spoilera, jeśli więc ktoś chciał zobaczyć ten mini serial, a nie chce znać szczegółów może sobie spokojnie wrócić do tego tekstu później.

Chyba wszyscy wiedzą, że akcja serialu opowiada o piątce przyjaciół z Berlina i zaczyna się 1941 roku. I choć nasz wrodzony, narodowy mesjanizm każe nam uważać za początek II WŚ 1 września 1939, to jednak reszta świata woli 1940, a jeszcze inna 1941 rok. No cóż. Wbrew chęciom wielu z nas nie jesteśmy pępkiem świata. Wracając jednak do meritum tego akapitu – jednym z piątki jest Żyd, co wydaje się raczej mało prawdopodobne w hitlerowskich Niemczech w 1941. Mało prawdopodobne nie oznacza jednak niemożliwe, a przecież nie jeden film przedstawia wydarzenia nie tylko mało prawdopodobne, ale i wręcz sprzeczne z wszelkimi prawami fizyki. Takie już są uroki filmu. Nie mniej jednak to właśnie perypetie Żyda wzbudziły w Polsce największe kontrowersje, ale o tym później.

Kolejni dwaj bohaterowie serialu to bracia i zarazem żołnierze wermachtu, z których starszy jest oficerem. Dla mnie akurat ich perypetie były najciekawsze, bo pokazują ich wewnętrzną przemianę. Starszy, początkowo jest przekonany o słuszności prowadzenia wojny z ZSRR i wierzy w rychłe zwycięstwo na Armią Czerwoną. Młodszy czuje się trochę zmuszony do uczestnictwa w całym tym cyrku i nie akceptuje wszystkich okrucieństw wojny, z mordowaniem cywili na czele. Pod wpływem wydarzeń sytuacja się zmienia. Starszy (że też kurde nie zapamiętałem jego imienia...) coraz bardziej zaczyna dostrzegać bezsens walki, natomiast młodszy staje się zimnokrwistym mordercą, który na rozkaz zabije nie tylko wrogiego żołnierza, ale też i cywila, nie oszczędzając kobiet i dzieci. Starszy po bitwie pod Stalingradem dezerteruje (choć szybko zostaje złapany i wcielony do batalionu karnego), natomiast młodszy mimo iż mógł wrócić do Berlina po postrzale w klatkę piersiową po rekonwalescencji postanawia wrócić na front. Jest właściwie wrakiem człowieka, który żyje już bardziej tylko odruchowo, a rozkazy wypełnia beznamiętnie jak automat. Jedyny moment, kiedy można go posądzić o jakieś bardziej ludzkie odruchy, to ten, gdy w Polsce spotyka kolegę Żyda i zamiast go zabić posyła kulkę swojemu oficerowi, który zaszedł kolegę od tyłu. Jego historia jest tym bardziej dramatyczna, że i on zaczyna wreszcie ponownie dostrzegać bezsens wojny, gdy na kilka dni przed jej końcem wyrusza na patrol z jakimś dziadkiem i dwoma dwunastolatkami. Ginie pokazując gówniarzom, że wojna to nie zabawa. Starszy braciszek z kolei tuż przed klęską wermachtu idąc w ślady młodszego brata (może scenarzyście zabrakło już pomysłów?) zabija oficerka, który prowadził jego karny batalion i ponownie dezerteruje. Do Berlina wraca już po zakończeniu wojny.

Na szczęście piątka przyjaciół nie oznacza piątki gejów. Panowie mieli więc do towarzystwa dwie koleżanki. Jedna z nich została pielęgniarką na froncie, natomiast druga... delikatnie rzecz ujmując dupczyła się z oficerem gestapo, żeby wydupczyć dla Żyda pozwolenie na wyjazd z deutschlandów.
Dziewczyna co została pielęgniarką niestety nie popisuje się miłosierdziem denuncjując żydowską lekarkę, którą sama zatrudniła do pomocy przy opatrywaniu rannych (ok, początkowo nie wiedziała, nie tylko o tym, że to lekarka, ale też i że żydówka – wzięła ją za obytą pielęgniarkę). Początkowo jest nawet z tego dumna. Później nachodzi ją refleksja i przez resztę serialu próbuje zmyć swoją winę. Ogólnie postać mało ciekawa.

Z Piosenkarką sprawa miała się zgoła inaczej. Z jednej strony była dziewczyną kilkakrotnie wcześniej wspomnianego Żyda. Z drugiej strony kochanką gestapowca. Chciała wykorzystać drugiego, żeby pomóc pierwszemu. Załatwiła dokumenty, za to załatwiono jej występy dla żołnierzy na froncie wschodnim (nie była zadowolona). Zobaczywszy na własne oczy jak wali się front wschodni wraca (nie bez problemów) do Berlina. Tam wkurza swojego kochanka, za co on odwdzięcza jej się wpakowaniem do więzienia, a później plutonem egzekucyjnym. Podobnie jak postać pielęgniarki – mało ciekawa, choć bardziej dramatyczna.

Historia Żyda jest za to najbardziej wykręcona i nierealna z nich wszystkich. Gdyby nie on, serial pewnie przeszedł by w Polsce bez echa. Można więc powiedzieć, że to on narobił bigosu (który potem i tak pomylił z gulaszem). Po tym jak piosenkarka załatwiła mu papiery miał nawiać do USA i ściągnąć tam swoich rodziców. Niestety kolega gestapowiec postanowił mu to trochę utrudnić i nie tylko najpierw go aresztował, ale wręcz skierował go okrężną drogą. Do któregoś z niemieckich obozów zagłady na terenach polskich okupowanych przez III Rzeszę. Podróżując sobie niewygodnie w bydlęcym wagonie poznaje dziewczynę, Polkę (chyba Polkę, choć generalnie jej polski był bardzo słaby), z którą postanawia opuścić swoją nową, acz tymczasową niewesołą kompanię. Idzie im nieźle aż do czasu, gdy trafiają do stodoły pewnego chłopa, który chciał ich wydać Niemcom. Sytuację ratuje (teoretycznie) syn chłopa, który przekazuje ich dalej żołnierzom AK (z których najwyżej jeden mówił po polsku bez silnego akcentu). Dziewczyna ukrywa przed akowcami, że jej nowy chłopak to Żyd, choć ten ostatni nie wie dlaczego. Z czasem okazuje się, że akowcy do których trafił nie pałają specjalną miłością do starowierców. Można wręcz powiedzieć, że odnoszą się do nich z nieco więcej niż nieukrywaną niechęcią. I teraz dochodzimy do sceny, która tak bardzo zabolała co poniektórych. W czasie jednej z akcji partyzanci napadają na pociąg, w którym w bydlęcych wagonach przewożeni są ludzie w pasiakach. Jedno zerknięcie i już wiedzą, że to Żydzi, i że nie chcą ich z tych wagonów wypuścić bo „Lepszy martwy Żyd niż żywy”. „Nasz” Żyd początkowo nie chce się ujawnić, ale gdy partyzanci odchodzą na kilkadziesiąt metrów on zawraca, otwiera wagony i pozwala uciec ludziom w nich zamkniętym (koniec bulwersującej sceny, publiczność niemiecka wiwatuje, polska gwiżdże). W pierwszej chwili wydaje się, że partyzanci mają to w dupie, ale gdy akcja przenosi się do ich bunkra wyrzucają ze swojej brygady „naszego”. Okazuje się, że koleś kolejny raz miał farta, bo po kilku chwilach do bunkra wpada brygada młodszego z dwóch braci. Żyd chce wracać i pomóc swoim niedawnym kompanom, ale na swoje szczęście wpada na młodego, który najpierw ratuje mu dupsko (choć wcale nie było pewne, że go nie zastrzeli), a potem każe zjeżdżać, gdzie pieprz rośnie. Koniec końców Żyd ląduje w Berlinie tuż po zakończeniu wojny. Okazuje się, że jego rodzice wylądowali w jednym z obozów koncentracyjnych, piosenkarka nie żyje, a gestapowiec został urzędnikiem państwowym, który pomaga odbudować Niemcy po upadku III Rzeszy (oczywiście gestapowiec dalej jest gnidą).

Serial wielokrotnie pokazuje do jakich okrucieństw byli zdolni nie tylko żołnierze SS, gestapowcy, czy wermacht. Dostaje się też i po dupsku Ukraińcom i ich nazbyt gorliwym w pomocy niesionej okupantom komandach (też w jednej, krótkiej scenie, ale zawsze). Nikt w tym serialu nie okazał się być kryształowo czysty, każdy za to był ludzki. Niemcy pokazani w tym serialu są zarówno mordercami, tchórzami jak i bohaterami. Niektórzy są pełni nienawiści i nieomal religijnie wierzą w swojego wodza inni nie wahają się pod groźbą kary śmierci wprost mówić o tym, że mały koleś z wąs ma coś nierówno pod sufitem. Są tam ludzie mądrzejsi i głupsi. Słowem – cały przekrój niemieckiego społeczeństwa. Nic dziwnego – w końcu to niemiecki serial. Dziwię się zatem, że żądamy, żeby niemiecki serial o Niemcach opowiadał wielowątkowo o wszystkich narodowościach biorących udział w konflikcie. Rzeczywiście kontekst w jakim pokazano żołnierzy AK jest bardzo niefortunnie dobrany. Niestety jak pisałem na początku tego tekstu taka sytuacja nie była całkiem niemożliwa. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że w jednym oddziale to właśnie antysemici mieli najwięcej do powiedzenia. Zwłaszcza, że tuż przed II WŚ antysemityzm w Polsce zaczął się nasilać – co zresztą jest dość znanym faktem (polecam przeczytać cały artykuł – choć długi jest dość ciekawy, dla lubiących streszczenia niektóre ciekawsze wnioski z niego poniżej). Również po wojnie nie daliśmy starowiercom wytchnienia. Z około 3,5 mln Żydów zamieszkujących tereny II RP w przededniu II WŚ do jej końca dotrwał niewielki ułamek. Wraz z Żydami zamieszkującymi wcześniej inne europejskie kraje i ZSRR, którzy wybrali Polskę na swoje miejsce pobytu po II WŚ żydów zostało u nas około 200 tys. (nie wszyscy zginęli – część wyniosła się do Palestyny). Podczas gdy Izrael w latach 60tych XX wieku walczył z państwami arabskimi popieranymi przez ZSRR, nasz wielki wschodni brat kazał PZPR nienawidzić Żydów, dzięki czemu do końca PRL-u mogło ich zostać u nas tylko 5 tys. - resztę szykanowano tak długo aż nie wyjechali.

Przyznam szczerze, że nie rozumiem, dlaczego serial ten wzbudził tak wielkie kontrowersje. Amerykanie w swoich serialach dość często się z nas śmieją, czy wręcz opluwają i nikt nie robi z tego afery (np. „Dwóch i pół” - Charlie przeleciał Polkę, a ta zwaliła mu się w nagrodę z całą rodzinką – bo już czuła się jego żoną, „Elementary”, gdzie dwoje Polaków prowadziło pralnię, ale tak nieudolnie, że z daleko było widać, że to jakiś przestępczy interes, w „Jak poznałem waszą matkę” Barney twierdzi, że każdy dowcip o Polakach jest śmieszny, nawet jeśli nie umie się go opowiedzieć). Dlaczego do tamtego możemy mieć dystans, a do tego co wymyślą Niemcy już nie?
Ktoś wie?

P.S. Generalnie sam serial jak najbardziej da się oglądać. Wyprzedza o lata świetlne większość tego syfu co serwuje nam ostatnimi czasy rodzima kinematografia i seriale.

Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...