28 marca 2018

Czy to poprawność polityczna, czy już nawet dziennikarze nie znają języka polskiego?

Tytułem wstępu - nie uważam się za prof. Miodka polskiego internetu. Błędy sadzę codziennie, literówki to mój chleb powszedni, a przedziwne związki frazeologiczne są nieomalże moją wizytówką (chociaż kilka moich powiedzonek powoli zaczyna się przyjmować). Pomimo tych moich ułomności staram się posługiwać - przynajmniej publicznie - w miarę poprawną polszczyzną. Do tej pory apogeum wkurwu osiągałem, gdy ktoś mówił "dwoje" mając na myśli dwóch osobników płci niewątpliwie męskiej.

Odprawiając swoje pogańskie modły nad moją codzienną prasówką napatoczyłem się na pewien artykuł. Jak już pisałem nie jestem Miodkiem, a wykształcenie choć wyższe, to jednak mam techniczne, a nie językowe, nie mniej jednak uczono mnie, że padłe zwierze to albo truchło, albo padlina, a nie "zwłoki" (jakoś tydzień temu w podobnym kontekście użyto określenia "ciało" i już wtedy myślałem, że to drobna przesada).

Nie wiem, może mi się wydaje, ale dziennikarstwo w Polsce (niezależnie od tego z którą stroną politycznego sporu jest związane) systematycznie obniża swoje loty. Artykuły informacyjne to tylko przedruki, reportaże i felietony są przeraźliwie wręcz stronnicze, a teraz dochodzi jeszcze powolny upadek języka. Jak tak dalej pójdzie okaże się, że najbardziej wartościowe pod względem treści znajdziemy już tylko w gazetce reklamowej sklepu z nakrapianym chrząszczem w swoim logo.

P.S. Becia stwierdziła, że nagrody należały się i jej i jej przydupasom, bo "ciężko pracowali". Program "koryto+" w pełni. 

3 marca 2018

Trochę z innej beczki. (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2017-06-29

Dzisiaj darujemy sobie politykę, wiedząc, że PiS komisją pseudośledczą będzie się starał wykazać, że Amber Gold większą aferą nić Afera Skoków jest (choć są ze sobą – wbrew pozorom - bardzo blisko powiązane). Niskich lotów podstępy imć Suskiego odłóżmy chwilowo na półkę (ale naprawdę tylko na chwilkę) i zajmijmy się dla odmiany czymś fajnym. Oczywiście pisząc „my” mam na myśli siebie (brzuch mam już tak wielki, że zaczna wytwarzać własną osobowość).

Fajną rzeczą, którą mam zamiar poruszyć w tym wpisie są komputery typu jednoplytkowego. Niedawno wpadł w posiadanie mojej Żony takowy sprzęt i dzisiejsza notka powstaje właśnie na nim.

Urządzenie, którym w tej chwili się bawię to Raspbery Pi, a w skrócie (którego zresztą nigdy nie używam) – RasPi. Osobiście jednak wolę swojsko brzmiące okreslenie – Malinka. Otóż Malinka jest dość niewielkiem urządzeniem wielkości mniej więcej paczki papierosów. Wygląda przekomicznie ze względu na cztery pełnowymiarowe gniazda USB i jedno gniazdo RJ45 (zwane przez większość ludzi „gniazdkiem kabla sieciowego”, a przez resztę portem ethernetu). Malinka w wersji 3 posiada całkiem mocny, czterordzeniowy procesor, o częstotliwości 1,2GHz na rdzeń. Całości dopełnia 1GB RAMu i dysk twardy... z karty micro SD (w moim wypadku 16GB).

Tałatajstwo to może współpracować z kilkoma systemami operacyjnymi – oficjalnie np. pod przystosowanym do jego potrzeb Debianem (zwanym z tego powodu Raspbianem), ale też i Windows 10 IoT na tym pójdzie, a i istnieje (co prawda nieoficjalna, ale zawsze) możliwość postawienia na tym Androida. Istnieje jeszcze kilka innych OS-ów na ten komputerek, ale są to raczej różnej maści mutacje Debiana i innych klasyczynch Linuxów. Najlepiej jednak póki co pracuje mi się na Raspbianie, a i Malinka zdaje się go kochać najbardziej na świecie. Raspbian – wbrew złej opinii o Linuksach, którą zresztą sam wszem i wobec rozpowszechniam – jest bardzo przyjemnym w użyciu systemem. Wszystko jest bardzo intuicyjne, znajduje się mniej więcej am, gdzie człowiek się tego spodziewa, a na upartego można nawet sobie poradzić tylko w środowisku graficznym (co człowiek pracujący na pierwszych wersjach Workbencha z radością docenia).

Oryginalnie komputerek ten mial służyć mojej Małżowinie do skonstruowania robota, a właściwie robocika, który mógłby sobie kursować pomiędzy kuchnią, a pokojem. Wystarczy dokupić odpowiednie podwozie (nic też nie stoi na przeszkodzie jeśli ktoś ma np. dostęp do drukarki 3D aby zbudować je samemu), płytkę do sterowania silnikami (nic nie stoi też na przeszkodzie, aby samemu taką zbudować jeśli tylko ma się podstawowe umiejętności z dziedziny posługiwania się lutownicą – których oczywiście nie posiadam) i wszystko to ładnie wysterować za pomocą aplikacji na telefon i będzie śmigać jak głupie. W każdym razie taki jest plan minimum. O planie maximum wspomnę publicznie dopiero jak uda się zrealizować plan minimum. Jednak najbardziej podoba mi się Malinka w roli komputera biurkowego. Raspbian ma wbudowaną przeglądarkę i pakiet biurowy, wystarczy to podłączyć do monitora i śmiga jak durne.

Oczywiście Malinka nie wyczerpuje tematu (krótki i zapewne niepełny spis tego typu komputerów do znalezienia tutaj), ale sam pomysł baaaardzo mi się podoba. Może rzeczywiście zamiast inwestować w wymianę mojego starego, dwunastoletniego blaszaczka (laptopów zwyczajnie nie cierpię) zainwestuję w kolejnego Raspberry?

P.S. Przepraszam za dużą ilość linków w języku Shakespeare'a ale tak było mi łatwiej znaleźć materiały.
P.S.2. Osobiście uważam, że TVP i PR powinny działać na zasadach całkowicie rynkowych, abonament RTV to po prostu dodatkowy podatek, na działalnośc misyjną, której nikt nie potrafi zdefiniować, a i tak wszyscy mają ją w dupie (i to po obu stronach barykady).
P.S.3. Aha i przeraszam jeszcze za ewentualne literówki ortografy - pierwszy raz w życiu używałem Libre Office i dopiero jak skończyłem połapałem się, że nie włączyłem sprawdzania pisowni. Niestety oczy już mi się kleją i nie chce mi się poprawiać tego dzisiaj. Może kiedyś, w przyszłości...

„Planeta Spisek” (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2006-05-21

Spokojnie, nawiązanie do znanej książki Orsona Scotta Carda dotyczy tylko tytułu. Skąd taki tytuł? Już tłumaczę. Dzisiejsi politycy związani z frakcją rządzącą uwielbiają wręcz szafować określeniami typu: spisek, układ itp. Ponieważ z taką łatwością przychodzi im wymyślanie nowych spisków tak więc i ja spróbuję swych sił w tej konkurencji.

Aby doścignąć niedoścignionych przyjmę podobnie jak oni pewne założenia:
1) uczestnicy spisku zawsze są ludźmi, których się nie lubi,
2) nie potrzeba żadnych dowodów, wystarczą oskarżenia i niedomówienia, jeśli jednak chce się przytaczać jakieś dowody powinny być one albo ewidentnie sfabrykowane, albo stanowić grupę kompletnie ze sobą nie powiązanych zdarzeń, konkret są absolutnie zabronione, gdyż zbyt łatwo je podważyć,
3) wystarczy, aby logika teorii spiskowej była powierzchowna, jednakże jeśli przytacza się dowody wg punktu 2, trzeba zadbać o to, by się ze sobą wiązały, niekoniecznie logicznie,
4) zakazane jest nadawanie oskarżeniom pozorów prawdopodobieństwa,
5) jeśli tylko istniej możliwość stosowania ostrej retoryki, nomenklatury partyjnej, lub dziwnych sformułowań i porównań, należy je stosować,
6) mile widziane są akcenty patriotyczne (oczywiście nasi wrogowie są zawsze agentami obcych mocarstw)
7) jeśli jest to forma pisana, niezbędne staje się stawianie wykrzykników przy co idiotyczniejszych wywodach,
8) motywy powstania spisku powinny być albo niejasne, albo niedopowiedziane, albo niedorzeczne, chociaż najlepiej jest, gdy są przemilczane.
W świetle powyższych założeń ukułem następującą teorię spiskową (dla mniej myślących -wszystko co poniżej stanowi wymysł autora tejże notki).

Agenci wywiadu watykańskiego chcą przejąć Polskę!



Drodzy obywatele rzeczpospolitej trzeciej i trzy czwarte! Chciałbym uczulić Was na pewne fakty z życia publicznego, które jednoznacznie wskazują, że agenci wywiadu watykańskiego, tzw. gwardia szwajcarska, chcą obalić w naszym kraju demokrację i przejąć władzę. Spisek ten istnieje już od roku 966, tak więc od ponad tysiąclecia! Gdy nie powiodło się siłowe przejęcie władzy nad naszym krajem, zawiązano panświatowy (dla mniej oczytanych – takiego słowa chyba nie ma, ale gdyby było, to powinno oznaczać ogólnoświatowy), do którego od początku należeli Niemcy i Czesi, lecz skrycie sterowało nimi państwo kościelne. Co nie udało się Niemcom siłą, Czechom udało się podstępem – zdobyli przyczółki dla watykańskich agentów. Bezczelność Watykanu była tak wielka, że nawet nie próbowano zataić kto jest agentem! Od razu można było rozpoznać takowego po habicie. Dość szybko jednak watykańskim agentom udało się podporządkować sobie gospodarczo Polskę i wprowadzić daninę, dzięki której bogacił się Watykan, ukrywając ją pod nazwą „dziesięcina”.

Do dziś ponosimy konsekwencje watykańskiego spisku. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że uczestniczą w nim też nasi rodacy, chociaż przez zdradę jakiej się dopuścili utracili możliwość nazywania siebie Polakami! Nie tylko chcą za darmo oddać nas pod watykańską okupację, ale też przeprowadzają pranie mózgów na szeroką skalę, które zaczyna się już od szkoły podstawowej pod postacią tzw. „lekcji religii”. Akcja ta, ma na celu zdławić w zarodku ewentualny opór przeciwko zbrodniczej akcji Watykanu! Co gorsza, watykańscy agenci dopuścili się fałszerstwa wyborczego, w wyniku którego pod pozorem legalności ster władzy w Polsce przejęły wrogie Naszemu krajowi siły.

Ponieważ siły te muszą ukrywać, iż w rzeczywistości są watykańskimi agentami, nie mogą odbierać bezpośrednio instrukcji od swoich mocodawców, bo mogłoby to doprowadzić do przedwczesnego ich zdemaskowania, tak więc otrzymują szyfrogramy drogą radiową. Jestem w posiadaniu niezbitych dowodów, których oczywiście w tej chwili nie mogę ujawnić, gdyż groziłoby to destabilizacją państwa, iż radiostacja nadająca szyfrogramy znajduje się w Toruniu. Ponieważ prawomyślni obywatele Polscy mogliby przejąć transmisje w pasmach wojskowych, używają oni pasm cywilnych, które z kolei można odbierać na zwykłych radioodbiornikach. Część dowodów, które mam w posiadaniu, stanowią ekspertyzy niezależnych ekspertów z mojej organizacji, które jasno wskazują, iż instrukcje dla watykańskich agentów przekazywane są za pomocą podprogowego sygnału hipnotycznego. Ten podprogowy sygnał hipnotyczny nie tylko przekazuje informacje watykańskim agentom, ale hipnotyzuje ewentualnych słuchaczy, którzy po nieopatrznym wysłuchaniu bez przygotowania choćby kilku minut transmisji stają się kolejnymi watykańskimi agentami. Oczywiście nie jest to możliwe bez wcześniejszego przeszkolenia, które odbywa się jawnie pod postacią wcześniej wspomnianych „lekcji religii”.

Aby zmylić tych prawomyślnych obywateli naszego kraju, którzy już dawno pojęli prawdę o watykańskim spisku, zostaje zaserwowana nam bezlitosna propaganda, jakoby radiostacja nadająca szyfrogramy nie była bezpośrednio powiązana z watykańską mafią! Ale jestem w posiadaniu teczek, których ze względu na bezpieczeństwo narodowe nie mogę w tej chwili ujawnić, które niezbicie wykazują, że tak właśnie jest.

Na szczęście moim niezależnym ekspertom udało się ustalić, że siła przekazu podprogowo hipnotycznego ostatnio bardzo spadła. Dlatego właśnie do Polski, prawdopodobnie pod koniec maja, przyjeżdża naczelny koordynator tej akcji, aby przy pomocy tajnych, kosmicznych technologii, w których posiadanie Watykan wszedł ponad 500 lat temu, a za wszelką wiedzę o nich palił nieszczęśników na stosach, które przywrócą owemu przekazowi jego pierwotną siłę.

Nie można dopuścić do tego, aby Polska kolejny raz utraciła swą krwawo wywalczoną niepodległość na rzecz kolejnego, podstępnego okupanta!

P.S. Notkę tą chciałby zadedykować politykom LPR ze szczególnym uwzględnieniem posła Wierzejewskiego, politykom Samoobrony ze szczególnym uwzględnieniem A. Leppera, oraz posłom PiS ze szczególnym uwzględnieniem panów Gosiewskiego, J. Kaczyńskiego, oraz Ziobry.

Kawalerski stanie – 14 lipca się z tobą rozstałem (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2007-07-25

Ślub wbrew pozorom i moim obawom nie okazał się kompletną katastrofą (choć wiele wskazywało na to, że właśnie tak się to skończy). Muszę przyznać, że udał się nam znacznie lepiej niż (ciągle nieskończony – już od prawie 5 miesięcy) remont. Wszystko wyszło dokładnie tak jak powinno. Muszę przyznać, że wszystko udało się wręcz nad podziw dobrze.

Nie muszę chyba mówić, że wszystko do ostatniej chwili wisiało na włosku, a raczej na pajęczej nici. Niektóre drobiazgi nie były dograne jeszcze nawet w dniu ślubu, ale w ostatecznym rozrachunku wszystko się ułożyło, choć bardzo żałuję, że nie pomogli nam w tym nasi rodzice (mój ojciec tylko trochę się nad nami zlitował poważnie ratując nasz budżet). Świadkowa nas olała próbując wszystko przerobić na swoją modłę, ale świadek ze swoją dziewczyną wykonał tytaniczną pracę ratując co się da. Organistę udało nam się zdobyć dosłownie na 8 godzin przed ślubem (bo organista z kościoła w którym braliśmy ślub akurat tego dnia wyjechał na jakiś konkurs), no i w ferworze walki zapomnieliśmy zapłacić za nocleg dla gości i ustalić z DJ-em wszystkie szczegóły imprezy. Panna młoda z kolei wróciła z zagranicznej, dwutygodniowej delegacji na 8 dni przed ślubem, a ja buty, krawat i koszulę nabyłem droga kupna dopiero na 3 dni przed uroczystością. W przeddzień imprezy czekało mnie jeszcze tylko przewiezienie około 200 litrów napojów i trunków samochodem, który się kompletnie do tego nie nadawał (do tej pory nie wiem, jak to się stało, że nie tylko niczego nie rozbiłem jadąc po tych wszystkich dziurach i do tego nie załatwiłem przy tym zawieszenia), a zaznaczyć należy, że robiłem to w piątek trzynastego. Jeszcze tylko w dniu ślubu musiałem pomóc przystroić kościół (wiecie jak ciężko dostać pinezki o 8 rano?) świadkowi i jego dziewczynie (ach to obcinanie kosztów). Za to umówiona w ostatniej chwili fryzjerka i makijażstka dokonały rzeczy niemożliwej i w dniu ślubu z mojej pięknej narzeczonej zrobiły top modelkę, przy której Naomi Cambpell, Claudia Schiffer, czy inne wyglądały jak sfłaczałe flądry (ja niestety o swój wygląd musiałem zadbać sam i udało mi się zaledwie uniknąć wyglądu Shreka srającego na pustyni). Ponieważ chcąc kupić ładniejsze obrączki i zmieścić się w budżecie postanowiliśmy wykorzystać starego mercedesa dziewczyny świadka jako samochodu ślubnego mieliśmy jeszcze kilka przygód w drodze z błogosławieństwa do kościoła. No wiecie, samo życie - samochód całkowicie bez sprzęgła, uruchomiony na kilka godzin przed imprezą po kilku latach stania, z dwoma zaledwie biegami, z którego w trakcie jazdy malowniczo odpada kołpak trafiając w trzy inne samochody, kierowca-emeryt po trzech zawałach z rozrusznikiem serca, do tego głuchy i ignorujący zarówno czerwone światła jak i przepisy ruchu drogowego, a także wskazówki jak ma jechać. Po tej adrenalinie sam ślub to już była pestka.

Ślubu udzielał nam znajomy ksiądz, którego w ogóle miało nie być w tym czasie w Polsce, tak więc zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni już na wstępie, a z reszty w zasadzie niewiele pamiętam, no może poza faktem, że z Żoną zmusiliśmy świadków do odegrania skeczu o bitwie pod Grunwaldem (nic oryginalnego – wykorzystaliśmy skecz KNM), bo 15 lipca (który jak by nie liczyć wypadł po północy) była odpowiednia rocznica. Nikt nie zalał się w trupa, a i odszukane i oznaczone na mapie przez świadka sztachety na niewiele się zdały. Stłukły się tylko dwa kieliszki (ale to było w planie, bo stłukliśmy je z Żoną na wejściu), czyli pełna kulturka.

Po weselu już tylko noc poślubna (myślałem, że nie dam rady, ale Żona była innego zdania i dopięła swego, ale tylko trzy razy i nie mówię tu o „góra-dół”) w naszym remontowanym mieszkanku i błogie leniuchowanie do południa, kiedy to mój ojciec przypomniał sobie, że zostały u niego jakieś kwiaty i prezenty i nakazał natychmiastowe ich odebranie. Potem już tylko pakowanko i podróż poślubna dookoła Grecji.

Początkowo chciałem wam oszczędzić jej opisu, ale do tej pory jestem pod wielkim wrażeniem. Do tego wręcz stopnia, że popełnię małą kryptoreklamę i pochwalę firmę Rainbow Tours i ich pilotkę Oksanę. Nie było z ich strony nawet najmniejszych zgrzytów, a i pilotka była bardzo pomocna i ciekawe opowiadała nie tylko o miejscach, które odwiedziliśmy, ale również o wielu zwyczajach Greków (nie tylko starożytnych, ale i tych dzisiejszych) i opowiadała również o niektórych mijanych tylko miejscach. Tak więc jeśli macie trochę wolnego grosza i traficie gdzieś na tą ofertę – z czystym sumieniem polecam, unikajcie tylko podróży przez Warszawę – fatalna godzina powrotu. Rozczarowuje jedynie wycieczka do Aten, bo Ateny to wyjątkowo syfiaste miasto, ale zrównoważone jest to Akropolem i odbywającym się tam wieczorem greckim.

Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc, klasztory na Meteorach (wyjątkowo piękne góry), Delfy, Olimpię, świątynię Asklepiosa, ruiny starożytnego Koryntu, Akropol, Termopile, Mykeny, grób Agamemnona i kilka innych miejsc, które chwilowo wypadły mi z głowy, ale związanych raczej z nowożytną Grecją. Popełniliśmy też niezapomniany (choć przerażająco drogi) rejs po kanale korynckim, zrobiliśmy blisko 1000 zdjęć (969 żeby być dokładnym), dowiedzieliśmy się, że Grecy nie umieją robić wina, oraz, że można zmarznąć w 40 stopniowym upale jeśli wysiądzie się z autokaru w którym wysiadła klimatyzacja, doszliśmy też do wniosku, że fajnie być Grekiem ze względu na sjestę, oraz niewielkie tempo życia. Poza Atenami Grecja to piękny kraj i bardzo, ale to bardzo żałowaliśmy, że nie wzięliśmy sobie tam dodatkowego tygodnia wczasów w jednym z hoteli (co było możliwe przy niewielkiej dopłacie), ale kłopoty Żony z urlopem ukróciły te plany w zarodku (i tak spóźniła się dwie godziny do pracy – prosto z lotniska jechała). Stwierdziliśmy też jednogłośnie, że Okęcie to lotnisko na którym panuje największy burdel organizacyjny ze wszystkich znanych nam lotnisk, a lotnisko w Gdańsku, które znamy najlepiej, mimo iż jest kilkakrotnie mniejsze funkcjonuje o wiele lepiej obsługując proporcjonalną ilość lotów. Zresztą z podróżami lotniczymi w kraju mieliśmy akurat największy problem, bo po przylocie na Okęcie okazało się, że trwa tam alarm bombowy, a przy powrocie, już w rejsie Warszawa-Gdańsk wzięto mnie za cudzoziemca, ale tylko dwa razy im musiałem powtarzać, że jestem Polakiem. Poza tym drobnym incydentem na jakość usług lotniczych w kraju nie mogę narzekać.

Gdybym miał przechodzić przez to wszystko jeszcze raz, to odwołałbym wesele robiąc tylko skromny obiad dla najbliższej rodziny i poruszył niebo i ziemię, żeby zostać w Grecji jeszcze tydzień. Nie obiecuję na 100%, ale być może umieszczę kilka najlepszych zdjęć z podróży poślubnej w następnej notce.

Dupokracja kontra demokracja (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2009-10-21

Do napisania poniższej notki zachęcił mnie artykuł przedrukowany na WP.

W życiu spotkałem kilku zwolenników Janusza Korwina-Mikke i muszę przyznać, że wszyscy (no może z jednym wyjątkiem) byli dziwni. Ciężko było się z nimi porozumieć i nie trafiały do nich żadne argumenty. Często przekonani o wyższości własnego intelektu (nie mniej często bezpodstawnie) z niezrozumiałych dla mnie przyczyn uważali demokrację za dopust boży przezywając ustrój ten dupokracją. Wyimaginowali sobie, że najlepiej rządziłaby hermetyczna kasta polityczna, dla której byłby to po prostu zawód. Tłumaczyli mi, że tak jest lepiej, bo nie będą chcieli w możliwie najkrótszym czasie jak najwięcej nakraść, albo pousadzać swoich kolesi na wysokich stanowiskach, że będą kierowali się wyłącznie dobrem kraju nie patrząc na głupi lud, który sam nie wie, czego potrzebuje (ale dobrze wie, czego chce).

Nie potrafili mi jednak odpowiedzieć na kilka prostych pytań – po pierwsze w jaki sposób miało by się odbyć wyznaczenie takiej osoby czy grupy na stanowisko (nazwijmy to na razie umownie) króla? Niektórzy przebąkiwali coś o konkursie, to ja się pytam, kto by miał być organizatorem takiego konkursu? Kto by go nadzorował? Tak sobie myślę, że bez demokracji nie da się tego zrobić, bo najłatwiej byłoby takiego króla wybrać. Demokratycznie. Druga rzecz – jak takiego króla bezkrwawo zmienić, jeśli okaże się zwykłym patałachem? Najczęściej słyszałem odpowiedź, że nie będzie takiej potrzeby. Saddam Husain też by chciał taką usłyszeć. Kurde, a nie lepiej by było, żeby miał jakąś ograniczoną kadencję i po jej zakończeniu można by mu było ten mandat przedłużyć, albo zabrać... Tylko kto by miał o tym decydować? Ja bym nie chciał, żeby to było jakieś wąskie grono, bo de facto grono to miało by władzę nad królem, czyli to oni by rządzili... Hmm... Kurde – znowu najlepiej byłoby, gdyby robiono to demokratycznie. Tylko czym to się różni od tego co mamy teraz? Nazwą chyba tylko i brakiem klejnotów koronnych.

Spotkałem się też z koncepcją ograniczenia dostępności ław sejmowych dla motłochu poprzez wprowadzenie początkowo cenzusu (trudne słowo) wykształcenia i majątku. Mówiąc po ludzku taki poseł musiałby być co najmniej magistrem i mieć niezłą kasę. Tylko jak się ma kasę, to dyplom można kupić. Kasę można ukraść, odziedziczyć, lub wygrać, nie tylko uczciwie ją zarobić, czyli taki cenzus też byłby do bani. Inny o którym słyszałem, to dopuszczenie do władzy tylko szkolonych polityków. Fajnie pięknie, ale taki szkolony polityk zna się tylko na rządzeniu, na niczym więcej. Kiedy więc przyjdzie mu ustalić prawo co do spraw naprawdę praktycznych (typu dać obniżkę podatku drogowego pojazdom emitującym poniżej 150gCO2/100km czy nie) będzie musiał zwrócić się do ekspertów. Tutaj zbliżamy się do mojego (bez ironii) ulubionego modelu rządzenia, czyli rządów eksperckich. Prawo w różnych dziedzinach życia ustalaliby eksperci z tych dziedzin. Oczywiście to też by się nie sprawdziło, bo eksperci często się ze sobą nie zgadzają, często ze względu na odmienne doświadczenia, często ze względu na choćby inne światopoglądy (ja np. ostatnio dochodzę do wniosku, że mogę być malteistą, a to dopiero jest egzotyka w tym kraju).

Słowem jakby nie patrzeć demokracja to najlepsze co do tej pory wymyślono, choćby dlatego, że ma najmniej wad i jedną olbrzymią zaletę – Ty decydujesz. Możesz nie tylko wybierać, możesz też być wybranym, a to jest coś, czego żaden inny ustrój Ci nie zagwarantuje.

P.S. Udało się! Nie było o samochodach!

Patriota - idiota (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2009-10-30

Kolejny raz notka inspirowana znalezionym gdzieś w sieci artykułem.

Polska – jaki to kraj, wie każdy, kto w nim mieszka. Wie to też ta spora gromadka, która wyjechała z niego niedawnymi czasy. Wiemy, że to syf, kiła i mogiła, ale wiemy też, że to nasz burdel, co powoduje, że mimo wszystko czujemy do niego większą sympatię niż do innych burdeli, ale też i najlepiej znamy jego wady (które nota bene sami sobie stworzyliśmy). W przeróżnych międzynarodowych rozgrywkach kibicujemy przeważnie „naszym” (o ile w grę nie wchodzi PZPN). Jednocześnie szczerze nienawidzimy swojego podwórka, bo rzuca nam więcej kłód pod nogi, niż daje możliwości (a przynajmniej tak nam się wydaje). Chcemy, żeby nasze piekiełko było we wszystkim najlepsze, ale gdy tak się nie dzieje, to wtedy też nie mamy żalu, bo jesteśmy okazem specjalnej troski. Jesteśmy też chyba jedynym krajem, którego jego własne media uważają za kraj trzeciego świata, podczas gdy klasy rządzące widzą wschodzącą gwiazdę gospodarki (a obywatele myślą jak by tu z tego wybrnąć). I to by było w telegraficznym i krzywdzącym uproszczeniu jak Polacy widzą Polskę.

Na to wszystko nakłada się pojęcie patriotyzmu. Słowo, które w ósmej klasie podstawówki wymawiałem z wyrazem skrajnego obrzydzenia na tej części mojego ciała, która zazwyczaj uchodzi za twarz (ale nie z takim grymasem). Pojęcie, które wykręcało mi trzewia, mimo iż mogłem jeść i pić takie świństwa, że pies by się porzygał. Wpajane nam z sadystycznym poczuciem misji mojej ówczesnej polonistki (niech ją piekło pochłonie) zbrzydło mi podobnie jak i pojęcie ekologii (tutaj ukłony należą się mojej biologicy, która zabiła we mnie jakiekolwiek ekologiczne podejście do świata usiłując mnie do ochrony środowiska nakłonić, wcale nie żartując – wcześniej naprawdę miałem ekologiczne podejście do świata). Miłość do ojczyzny. Na dźwięk tych słów do tej pory źle się czuję. Konieczność ciągłej obrony bytu, który jego mieszkańcom sprawia chyba więcej kłopotu niż pożytku. Przyznam się, że gdyby nie fakt, że zwyczajnie nie wytrzymałbym za granicą ze względu na skrajne przystosowanie do naszego polskiego burdelu to już dawno bym wyemigrował. Do Australii (podobno dalej się nie da). Gdyby wybuchła jakaś wojna w naszym rejonie stanąłbym na czele uchodźców i nie zamierzałbym oddać choćby jednego strzału w najeźdźcę (chyba, że chciałby zabrać mi mój komputer, albo żonę – bo samochód to bym przeżył). Na chyba, że byliby to Ruscy – wtedy mógłbym się pokusić o zaminowanie czegoś, ale to tylko dlatego, że nigdy ich nie lubiłem – bez żadnej konkretnej przyczyny, jest to uprzedzenie bezinteresowne. Kompletnie nie kumam po cóż miałbym stawać gdzieś w okopach i narażać w końcu dla mnie cenne własne życie bo jakiś debil mi każe. Bzdura. Podejrzewam też, że w dzisiejszych czasach zgodziłoby się ze mną całkiem sporo ludzi.

Po jaką cholerę więc nam ten patriotyzm? Na arenie międzynarodowej liczymy się mniej od somaliskich piratów, że już o takich potęgach jak Pakistan nie wspomnę (mają atomówkę, więc trzeba się z nimi liczyć). Na europejskich salonach też jesteśmy traktowani raczej jak śmietnisko, albo skansen Europy, niezły rynek zbytu, dla towarów gorszej kategorii (patrz 26-letnie mięso ze Szwecji), czy już nie tylko samochodowych wraków z Niemiec czy Francji, ale też i ostatnio z Wysp Brytyjskich (o gratach jeszcze tu). Jak widać Polakom – czy też może polakom – to najwyraźniej nie przeszkadza.

Po co więc kochać kraj, który jest nie tylko gówno wart w oczach świata, ale nawet i w oczach własnych obywateli? Ja też nie wiem.

P.S. Szykuje się mała recenzja Chevy Aveo... Już nie mogę się doczekać.

I znów... (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2009-11-28

Kolejny raz notka zainspirowana artykułem wyszperanym w internecie. Dla przyzwyczajonych do medialnej papki skrót: absolwenci uczelni wyższych są kompletnie nie przystosowani do rynku pracy.

Stwierdzenie to było prawdą i wtedy kiedy ja kończyłem studia. Miałem jednak tego farta, że w końcówce udało mi się wkręcić na staż, gdzie nauczyłem się naprawdę dużo. Będąc nieco sprytniejszy od większości nie olałem praktyk, co więcej starałem się zrobić jak najlepsze wrażenie, żeby za kilka tygodni wpaść i zapytać o jakieś zajęcie. Przyjęli mnie praktycznie z dnia na dzień. Pieniądze były marne, ale zobaczyłem też jak w praktyce wygląda jeden z wariantów mojego przyszłego fachu – był o wiele fajniejszy niż w teorii, nie wiem jak to opisać, ale był jednocześnie o wiele trudniejszy i o wiele łatwiejszy niż to, czego nas uczono. Był kompletnie inny niż politechniczna bujda, a jednocześnie spora dawka wiedzy tam uzyskanej była przydatna. Paradoks polegał jednak na tym, że godziny spędzone nad projektami z PKM-ów (dla niewtajemniczonych – podstawy konstrukcji maszyn) nie przydały się przy konstrukcji maszyn na tyle na ile luźne rozmowy z kumplami z roku tłumaczącymi mi zagadnienia typowo praktyczne. To wszystko bierze się z kilku podstawowych grzechów polskiego szkolnictwa wyższego.

Pierwszy grzech główny to zbyt szerokie nauczanie. Wciskają biednemu człowiekowi do łba masakryczne ilości wiedzy. Nie za bardzo wiadomo po co, skoro znaczna tego część jest na początku każdego specjalistycznego katalogu. Szlag normalnie czasami człowieka trafia. Oceniam, że dwa z pięciu lat przez które kończyłem studia to lata zmarnowane przez wykładowców wkładaniem mi do łba bzdur. Specjalność powinno się wybierać nie po trzecim roku nauki, a po pierwszym i dalej w nią brnąć. Często gęsto ma się też wrażenie, że z niektórych przedmiotów – mimo iż całkowicie zbędnych w praktyce – celowo robi się sita nie do przebrnięcia.

Drugi grzech główny, to nastawienie się uczelni wyłącznie na różnie pojmowanym zysku, kompletnie nie zważając na jakość szkolenia. W przypadku mojego wydziału sytuacją normalną było przyjęcie ponad 400 osób na pierwszy rok (razem ze mną zaczynało 480 osób!), w terminie skończyło nas myślę około 20-30 dusz. Magisterkę broniłem w październiku (choć powinien to być czerwiec, a były jeszcze wolne terminy w lipcu i wrześniu) i byłem pierwszym magistrem w swojej grupie. W sumie z tych, którzy razem ze mną zaczynali to myślę, że magisterkę obroniło coś w okolicy 100 osób (i około 30 inżynierów). Gdy byłem na piątym roku przyjęli około 150 osób i byłem świadkiem rozmowy gdy dziekan prosił któregoś z profesorów o obniżenie wymagań, bo by musiał wypierdzielić połowę ludzi z pierwszego roku na pysk, a wtedy nie zostanie nikt do piątego roku. Podejrzewam, że ci farciarze nie mieli nawet w połowie takich problemów z profesorami jak my. Z drugiej strony teraz mają łatwiej, ale potem nie będą dla stanowić żadnej konkurencji na rynku pracy.

Trzeci grzech główny, to zbyt długi okres nauczania. W ciągu pięciu lat (bez powtarzania żadnego roku) jakie spędziłem na Polibudzie rynek pracy zmienił się z miejsca, gdzie nie spodziewaliśmy się znaleźć roboty w miejsce, gdzie po robotę wystarczyło się schylić. Cykle koniunkturalne z tego co pamiętam trwają mniej więcej siedem lat. Kto zaczynał więc studia w kryzysie skończy w czasach prosperity i na odwrót. Oznacza to też, że niektóre nowoczesne technologie będące w powijakach gdy zaczynaliście studia mogą być powszechne gdy je skończycie.

Czwarty grzech główny to kompletne oderwanie od rzeczywistości systemu nauczania. Uczelnie wbijają do łbów studentom nieomal wyłącznie teorię i skutecznie zabijają w nich chęć do uczestnictwa w zajęciach praktycznych (w kręgach wtajemniczonych zwane są laborkami). Dla przykładu – wiem jak zbudowane są silniki turbinowe, parowe, hydrauliczne, pneumatyczne, spalinowe benzynowe, spalinowe diesla, silniki w układzie wankla, hemi, boxer, V, W, gwiazdowym, rzędowym, a tłok jednego z nich pierwszy raz trzymałem w ręku dopiero w pracy, jak kumplowi zerwał się pasek rozrządu i miał kolizję tłoków z zaworami. Dzieje się tak ze względu na grzech drugi – teoria jest tańsza od praktyki, a jakość nauczania to pojęcie niemierzalne, a w związku z tym olewalne. Z oderwaniem od rzeczywistości spotykamy się też gdy napotkamy na wyjątkowo ekscentrycznego psorka. Niestety ekscentryczność nie ma nic wspólnego z wiedzą, czy umiejętnością jej przekazania. Często też byli to ludzie, którzy naprawdę nie mięli bladego pojęcia o tym jak wygląda praca w zakładzie przemysłowym. Zrobił magisterkę, poszedł na doktorat, praktyki podpisał mu wujek z warsztatu samochodowego i potem taki naucza... Zanim dopuści się takiego do nauki, powinien choć dwa lata uczciwie popracować w jakiejś firmie i nauczyć się czegoś korzystnego.

Piąty i ostatni z tych, które wymienię (co nie znaczy, że nie ma ich więcej), to dopuszczenie do znaczącej dewaluacji stopni zawodowych (inżynier, licencjat). W swojej pracy wykorzystuję wiedzę, jaką ma każdy z moich kumpli, którzy poszli na inżynierskie. Podejrzewam jednak, że mój szef nie zatrudniłby żadnego z nich do tej samej roboty, którą teraz wykonuję. Oni jednak uczyli się trochę krócej i ich wiedza miała szansę mniej się zdezaktualizować. Stopień magistra robi ze mnie naukowca, a ze mnie taki naukowiec jak z koziej dupy trąba. Jestem kurwa inżynierem, bo robię to co robi inżynier. Naukowcy są potrzebni i owszem, ale nie każdy musi nim być.

Myślę, że szkolnictwo wyższe w Polsce powinno być zreformowane. Sporą winę za istniejący stan rzeczy ponoszą profesorowie, z których połowa nie pamięta, że komuna już się skończyła, czy przepisy utrudniające uczelniom zdobywanie środków na własną rękę. Niedługo starsi profesorkowie wymrą jak mamuty i zastąpią ich młodsi koledzy, którzy tylko przechowają zwyczaje nie patrząc na wiedzę. I w takie gówno moi mili wdepną nasze dzieci.

P.S. Recenzja Hondy Jazz już wkrótce - autko objeżdżone, tylko jeszcze pozostało ubrać to w słowa.

Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...