27 maja 2018

Korzystając z dobrodziejstw robienia zakupów akurat wtedy gdy potrzebuję…


.. kupiłem sobie dzisiaj parówki. Niestety dowiaduję się, że Duda (związkowiec, a nie Andrzej) planuje cisnąć rząd o całkowity zakaz pracy w niedzielę. Raczej nie odniesie 100% sukcesu, ale zastanawiam się tylko, czy chłopina się zastanowił tylko po kiego chuja. O ile niedzielę bez zakupów jestem w stanie przeżyć (choć nie bez marudzenia), to dlaczego chce mi się zakazać w ten dzień pójść do kina, restauracji, teatru, siłowni czy choćby muzeum? Jeśli jest przyzwoita pogoda to owszem, mogę sobie pójść na spacer czy cuś, ale klimat mamy w tym kraju delikatnie rzecz ujmując chujowy, więc na pogodę nie można liczyć. Do kościoła nie chodzę, bo nie odczuwam takiej potrzeby, zresztą nudzić się to ja już wolę w domu niż przy opowiastkach gościa w sukience, który często nie jest w stanie żyć zgodnie z nimi.

Od dawna wiedziałem, że związkowcy potrafią położyć na łopatki dowolną firmę w której działają, niezależnie od tego jak jest duża, czy dochodowa. Raz zresztą działalność związkowców właśnie dotknęła mnie bezpośrednio doprowadzając do zamknięcia oddziału firmy w którym pracowałem. Teraz dla odmiany chcą mi poukładać weekend.

P.S. Dziś w kościele na moim osiedlu komunie - takiego sajgonu w życiu nie widziałem. Normalnie korki, pobocza, chodniki wszystko co się dało i się (legalnie) nie dało gęsto obstawione pojazdami. Ledwo do domu mogłem wrócić. Nawet gdy w szkole obok mnie jest wywiadówka nie jest aż tak źle (chociaż do “dobrze” też sporo brakuje).

20 maja 2018

Dlaczego nie mogę kupić w niedzielę parówek?

Jak zapewne większość z was zdążyła już się zorientować jestem wyjątkowo niechętny obecnej władzy. Niechęć moja trwa od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych więc nie jest ona wynikiem ostatnich wydarzeń, a ogólnego wrażenia jakie robi polska prawica.

Pomijam już fakt, że polska prawica to w zasadzie głównie narodowo-chrześcijańscy-socjaliści, polska lewica to socliberałowie, a centrum to liberałowie, więc nasi politycy potrafią zepsuć nawet tak prosty podział sadzając socjalistów i byłych komunistów po prawej, oraz byłych komunistów i socjalistów po lewej stronie sceny politycznej.

Niestety na tej naszej tzw. prawicy zasiadają osoby, które mają bardzo dziwne pojęcie o tym co dla Polski i Polaków jest najlepsze. Okej - dali znam 500+, które kosztuje 619 zeta (i to każdego Polaka), ale w tym samym czasie gdzie tylko się da podcinają skrzydła gospodarce. Przykładem może tu być choćby ustawa “wiatrakowa”, która tak pozmieniała zasady gry, że inwestycje w tzw. “elektrownie wiatrowe” właściwie przestały być opłacalne. Renacjonalizacja niektórych banków na zasadzie “bo tak”, ręczne sterowanie sądami podważa wiarygodność polskiego systemu prawnego co z kolei nie zachęca do współpracy zagranicznego kapitału. Mnóstwo dziwnych, często zupełnie nieprzemyślanych i pisanych na kolanie przepisów z których potem posłowie wycofują się rakiem. I to wszystko dzięki gościowi, który nie ma prawa jazdy, dzieci, nawet nie ma żony i mieszkał u mamusi aż nie skończył 60-ciu kilku lat. Jeśli jeszcze dodamy, że specjalizował się w komunistycznym prawie, a w gospodarce rynkowej nie przepracował ani jednego dnia na etacie, lub na własny rachunek, to ja się nie dziwię, że w imię chuj wie czego postanowił nam sprawić prezent pod postacią niedziel “niehandlowych”.

Oficjalnie powody były dwa - pierwszy, to wsparcie małych placówek handlowych prowadzonych przez właścicieli, drugi to możliwość spędzania wolnych niedziel pracownikom sklepów. Osobiście uważam, że oba te powody to bujda i chodziło raczej o zrobienie metaforycznej laski związkowcom z “Solidarności”, Rydzykowi i czarnej mafii pedofilskiej. Dlaczego tak uważam? Zastanówcie się jakie są wasze zwyczaje zakupowe. Pewnie raz-dwa razy w tygodniu chodzicie do XXX (to wstaw nazwę swojego ulubionego dyskontu), lub trochę rzadziej do YYY (tu wstaw nazwę swojego ulubionego hipermarketu) robicie większe zakupy bo przynajmniej wszystko jest jednym miejscu. Czasem pójdziecie do ZZZ (tu wstaw nazwę swoich ulubionych delikatesów, gdzie możesz kupić jakieś bardziej wyszukane składniki potraw). Cześć z was, która ma blisko i do tego ma jeszcze na to ochotę to od czasu do czasu, ale nie częściej niż raz na tydzień, chodzi na jakiś lokalny bazarek. Nie robimy naszych codziennych zakupów w małych sklepach, bo o ile nie są to jakieś specjalne frykasy, nie do zdobycia nigdzie indziej, zwyczajnie się nie opłaca, bo drogo, a po inny asortyment musisz iść do innego sklepu, kolejny raz stać w kolejce, płacić itp. itd. Dlatego małe sklepy odwiedzamy głównie na szybkie, bardzo konkretne zakupy gdy czegoś nam zabrakło, a do dyskontu za daleko. Przez wiele lat mogliśmy nasze duże i małe zakupy robić właściwie kiedykolwiek. Dzięki temu nie przejmowaliśmy się zbytnio, gdy czegoś tam zapomnieliśmy kupić, bo potem się to dokupywało w lokalnym sklepie. Teraz, gdy wycięto nam jeden z bardzo wygodnych do robienia zakupów dni musimy nabrać nowych zwyczajów. Musimy zacząć planować nasze zakupy, a że większość z nas ma na to dość ograniczony czas po prostu zacznie robić konkretne listy zakupów i chodzić z nimi do hipermarketów. Wiedząc, że nie będą mogli sobie swobodnie dokupić tego co im ewentualnie zabraknie będą planować swoje zakupy dokładniej, w związku z tym do lokalnych sklepów nie bardzo będzie już po co chodzić i wiele z nich po prostu padnie. Ponadto skrócony czas pracy placówek handlowych spowoduje, że będzie można spokojnie zwolnić 1/7 załogi, a że dyskontom i hipermarketom spadną przy tym koszty, a obroty wzrosną, to na pewno nie będą przy tym marudzić (zresztą nie słyszałem, aby jakikolwiek przedstawiciel sieci dyskontów lub hipermarketów miauczał, że mu się ten zakaz nie podoba). Co do większej ilości czasu spędzonego z rodziną to ten argument jest dla mnie w ogóle z kosmosu, bo przecież nie każdy ma tą rodzinę, dzieci, partnerów. Więcej nawet - osoby pracujące w weekendy to często byli dorabiający sobie studenci, lub osoby na które w domu nikt nie czeka. Wreszcie należy przyjąć do wiadomości, że pracownicy handlu nie zasuwają 7 dni w tygodniu po 12 godzin (chociaż może w jakiś Janusz-Polach tak się może zdarzać), ale tak jak my wszyscy 40-48 godzin w tygodniu. To oznacza, że czas spędzony w pracy w niedzielę odrabiają sobie niejako w tygodniu, mając dodatkowo opcję załatwienia czegoś co potrzebują (lekarza, urzędu, różdżkarza, czy choćby wizyty kominiarza ze spółdzielni) nie musząc na to brać wolnego dnia.

Dlaczego więc nie mogę pójść dzisiaj do sklepu obok i kupić sobie tych jebanych parówek? Nie mogli zamiast tego zakazu uchwalić 200% stawki za pracę w niedzielę dla wszystkich? To by było rozwiązanie o wiele bardziej satysfakcjonujące dla wszystkich zainteresowanych.

P.S. Dobrze przynajmniej, że nie wrócili do zakazu pracy w niedzielę tak jak planowali te 10-12 lat temu.

8 kwietnia 2018

Będę tworzył grę.


Wstęp być może będzie wydawał się trochę nie na temat, ale w mojej głowie wszystko ładnie się składa i po kilku stronach wyjaśnień, kilkunastu wykresach, oraz godzinnym filmie wszystko będzie jasne. Okej z wykresami to już lekka przesada.

Zacznę od późnych lat 80-tych i wczesnych lat 90-tych. Swoje triumfy święciła wtedy pewna gałąź programistycznej sztuki (która istnieje i rozwija się do dziś, choć straciła sporo ze swego uroku) zwana demosceną (zainteresowanym polecam też dokument The Art of Algorithms). We wspomnianym przeze mnie czasie w sztuce tej na komputerach Amiga wymiatała grupa Red Sector Inc. (RSI). Jeden z jej koderów zauważył, że właściwie wiele z tego co robi jest bardzo powtarzalne i w ten sposób zrodziło się narzędzie, które (przynajmniej mi) sprawiło sporo radości - Demomaker (linku do jakiegoś ładnego opisu niestety brak). Narzędzie to pozwalało ostatniej sierocie zrobić w kilku-kilkunastu kliknięciach demko w stylu RSI i wrzucić je choćby do sektora rozruchowego dyskietki. Sam z tego wielokrotnie korzystałem, ot choćby dla zrobienia bajeranckiego menu, czy po prostu zaznaczenia, że ta dyskietka jest moja. Tworzenie dem nigdy wcześniej (ani później) nie było równie proste.

Kolejne ćwierć wieku to moja przesiadka z Amigi na PC i kilka podejść do tego, aby napisać jakąś własną grę, lub demo. Umiałem coś tam zakodować w Turbo Pascalu, ale zawsze miałem problem z odpaleniem trybu z “ulepszoną” grafiką (to był chyba tryb 13h), a standardowa biblioteka graficzna dawała dość biedne rezultaty. Przesiadka kilka lat później na Delphi wiele tutaj nie zmieniła. Próby dogadania się z Direct X spełzły na panewce, a nie widziałem innej drogi na stworzenie czegoś, co by się nie cięło jak jakiś cholerny emo nastolatek w trakcie ciężkiej depresji tuż po tym jak odnalazł swoje ciężko ranne pantofle. Na ładnych parę lat programowanie odstawiłem do kąta. Potrzebne mi jednak było kilka makr w Excelu, więc opanowałem VBA, a w konsekwencji VB i C#. Gdzieś tam w tyle wizji otarłem się o Pythona programując robota, którego opisywałem na tym blogu jakiś czas temu. To pasmo sukcesów spowodowało kolejne podejście do Direct X i kolejną porażkę (choć znacznie mniej spektakularną niż w przypadku Delphi). Marzył mi się taki Demomaker dla gier - coś, co zdjęłoby ciężar mozolnego budowania własnego silnika z moich wątłych (programistycznie) barków. Szybko pomyślałem o jakimś gotowym silniku graficznym, który gdzieś mi tam śmignął w czasie instalacji Visual Studio, zdaje się, że był to Unreal Engine. Jakoś tak się jednak zdarzyło, że w czasie przygotowaań do instalacji moją uwagę przyciągnęło Unity

Unity okazało się być dokładnie tym, czego szukałem. Wrzucam tam jakąś grafikę, muzykę w prawie dowolnej postaci, do tego modele 3D na żywca z blendera, piszę kilka skryptów i mam grę. Zamiast tracić czas na walkę z systemem mogę poświęcić się tym fajniejszym aspektom tworzenia gier. W kilka-kilkanaście godzin można stworzyć grę, która nie wygląda jak coś co ma wywołać drgawki u epileptyka (w sensie, że obraz nie mruga jak szalony z powodu odświeżania), z muzyczką i innymi, jakże potrzebnymi pierdołami. Silnik choć zdecydowanie 3D pozwala też na tworzenie gier 2D (choć tak naprawdę udaje, bo wszystkie gry jakie tworzy są 3D), a skompilowanie gotowego projektu na różne platformy wymaga najwyżej kilka kliknięć, a w przypadku prostszych gier nawet nie wymaga zmian w kodzie. Dodatkowo możemy zaimplementować reklamy czy inne systemy monetyzacji naszego małego przedsięwzięcia (niestety nie testowałem, bo kilka materiałów których użyłem do stworzenia tej gry wyklucza komercyjne zastosowanie).

Unity bez żadnych zmian w sterujących grą skryptach funkcjonuje na moim PC, komórce (dostępna nawet w Google Play), oraz na stronie internetowej (wkrótce na wynalazkowo.com. Pobawcie się, oceńcie (oczywiście pozytywnie) i spróbujcie sami swoich sił. Nie znalazłem niestety żadnego darmowego tutoriala, którego mógłbym spokojnie polecić, ale warto poszukać jakiegoś płatnego kursu na którejś z platform e-learningowych. Częste promocje pozwalają wyłapać fajne kursy za niewielkie pieniądze.

P.S. Niech moc będzie z wami.

1 kwietnia 2018

Disclaimer - czyli tytułem wyjaśnienia.

Żeby mi tu potem nie było - wszystko co wysmaruje na tym blogu to są moje opinie. Opinie są trochę tak jak dupy - każdy ma prawo do swojej. Często piszę coś z pamięci i nie zawsze mam czas/ochotę sprawdzać wszystko ponownie w odpowiednich źródłach, dlatego też wszystko co tutaj wypisuję, a co nie ma podanego źródła jest tylko i wyłącznie moim prywatnym zdaniem (choćby forma wypowiedzi wskazywała, iż jest to fakt).
Przykłady:
1. Gdybym napisał, że: "Jarosław Kaczyński to osobnik bez czci i wiary, który w sposób cyniczny i makiaweliczny wykorzystuje Państwo Polskie i swoją armię miernych, ale wiernych partyjnych podnóżków" - to jest to tylko i wyłącznie moja własna opinia.
2. Gdybym napisał, że: "Jarosław Kaczyński powie wszystko, żeby tylko wygrać wybory. Np. 2010 zabiegając o głosy wyborców SLD obiecywał zrezygnować z używania określenia "postkomuniści", a jakoś nie przeszkadzało mu to jakiś czas później użyć go ponownie." Mamy tutaj już do czynienia z faktami i ich interpretacją. Jak widać w drugim wypadku fragmenty tekstu prowadzą do odpowiednich źródeł.

Wyjątkiem od tej reguły są oczywiście moje osobiste wspomnienia, do których siłą rzeczy źródłem jest moja pamięć.

28 marca 2018

Czy to poprawność polityczna, czy już nawet dziennikarze nie znają języka polskiego?

Tytułem wstępu - nie uważam się za prof. Miodka polskiego internetu. Błędy sadzę codziennie, literówki to mój chleb powszedni, a przedziwne związki frazeologiczne są nieomalże moją wizytówką (chociaż kilka moich powiedzonek powoli zaczyna się przyjmować). Pomimo tych moich ułomności staram się posługiwać - przynajmniej publicznie - w miarę poprawną polszczyzną. Do tej pory apogeum wkurwu osiągałem, gdy ktoś mówił "dwoje" mając na myśli dwóch osobników płci niewątpliwie męskiej.

Odprawiając swoje pogańskie modły nad moją codzienną prasówką napatoczyłem się na pewien artykuł. Jak już pisałem nie jestem Miodkiem, a wykształcenie choć wyższe, to jednak mam techniczne, a nie językowe, nie mniej jednak uczono mnie, że padłe zwierze to albo truchło, albo padlina, a nie "zwłoki" (jakoś tydzień temu w podobnym kontekście użyto określenia "ciało" i już wtedy myślałem, że to drobna przesada).

Nie wiem, może mi się wydaje, ale dziennikarstwo w Polsce (niezależnie od tego z którą stroną politycznego sporu jest związane) systematycznie obniża swoje loty. Artykuły informacyjne to tylko przedruki, reportaże i felietony są przeraźliwie wręcz stronnicze, a teraz dochodzi jeszcze powolny upadek języka. Jak tak dalej pójdzie okaże się, że najbardziej wartościowe pod względem treści znajdziemy już tylko w gazetce reklamowej sklepu z nakrapianym chrząszczem w swoim logo.

P.S. Becia stwierdziła, że nagrody należały się i jej i jej przydupasom, bo "ciężko pracowali". Program "koryto+" w pełni. 

3 marca 2018

Trochę z innej beczki. (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2017-06-29

Dzisiaj darujemy sobie politykę, wiedząc, że PiS komisją pseudośledczą będzie się starał wykazać, że Amber Gold większą aferą nić Afera Skoków jest (choć są ze sobą – wbrew pozorom - bardzo blisko powiązane). Niskich lotów podstępy imć Suskiego odłóżmy chwilowo na półkę (ale naprawdę tylko na chwilkę) i zajmijmy się dla odmiany czymś fajnym. Oczywiście pisząc „my” mam na myśli siebie (brzuch mam już tak wielki, że zaczna wytwarzać własną osobowość).

Fajną rzeczą, którą mam zamiar poruszyć w tym wpisie są komputery typu jednoplytkowego. Niedawno wpadł w posiadanie mojej Żony takowy sprzęt i dzisiejsza notka powstaje właśnie na nim.

Urządzenie, którym w tej chwili się bawię to Raspbery Pi, a w skrócie (którego zresztą nigdy nie używam) – RasPi. Osobiście jednak wolę swojsko brzmiące okreslenie – Malinka. Otóż Malinka jest dość niewielkiem urządzeniem wielkości mniej więcej paczki papierosów. Wygląda przekomicznie ze względu na cztery pełnowymiarowe gniazda USB i jedno gniazdo RJ45 (zwane przez większość ludzi „gniazdkiem kabla sieciowego”, a przez resztę portem ethernetu). Malinka w wersji 3 posiada całkiem mocny, czterordzeniowy procesor, o częstotliwości 1,2GHz na rdzeń. Całości dopełnia 1GB RAMu i dysk twardy... z karty micro SD (w moim wypadku 16GB).

Tałatajstwo to może współpracować z kilkoma systemami operacyjnymi – oficjalnie np. pod przystosowanym do jego potrzeb Debianem (zwanym z tego powodu Raspbianem), ale też i Windows 10 IoT na tym pójdzie, a i istnieje (co prawda nieoficjalna, ale zawsze) możliwość postawienia na tym Androida. Istnieje jeszcze kilka innych OS-ów na ten komputerek, ale są to raczej różnej maści mutacje Debiana i innych klasyczynch Linuxów. Najlepiej jednak póki co pracuje mi się na Raspbianie, a i Malinka zdaje się go kochać najbardziej na świecie. Raspbian – wbrew złej opinii o Linuksach, którą zresztą sam wszem i wobec rozpowszechniam – jest bardzo przyjemnym w użyciu systemem. Wszystko jest bardzo intuicyjne, znajduje się mniej więcej am, gdzie człowiek się tego spodziewa, a na upartego można nawet sobie poradzić tylko w środowisku graficznym (co człowiek pracujący na pierwszych wersjach Workbencha z radością docenia).

Oryginalnie komputerek ten mial służyć mojej Małżowinie do skonstruowania robota, a właściwie robocika, który mógłby sobie kursować pomiędzy kuchnią, a pokojem. Wystarczy dokupić odpowiednie podwozie (nic też nie stoi na przeszkodzie jeśli ktoś ma np. dostęp do drukarki 3D aby zbudować je samemu), płytkę do sterowania silnikami (nic nie stoi też na przeszkodzie, aby samemu taką zbudować jeśli tylko ma się podstawowe umiejętności z dziedziny posługiwania się lutownicą – których oczywiście nie posiadam) i wszystko to ładnie wysterować za pomocą aplikacji na telefon i będzie śmigać jak głupie. W każdym razie taki jest plan minimum. O planie maximum wspomnę publicznie dopiero jak uda się zrealizować plan minimum. Jednak najbardziej podoba mi się Malinka w roli komputera biurkowego. Raspbian ma wbudowaną przeglądarkę i pakiet biurowy, wystarczy to podłączyć do monitora i śmiga jak durne.

Oczywiście Malinka nie wyczerpuje tematu (krótki i zapewne niepełny spis tego typu komputerów do znalezienia tutaj), ale sam pomysł baaaardzo mi się podoba. Może rzeczywiście zamiast inwestować w wymianę mojego starego, dwunastoletniego blaszaczka (laptopów zwyczajnie nie cierpię) zainwestuję w kolejnego Raspberry?

P.S. Przepraszam za dużą ilość linków w języku Shakespeare'a ale tak było mi łatwiej znaleźć materiały.
P.S.2. Osobiście uważam, że TVP i PR powinny działać na zasadach całkowicie rynkowych, abonament RTV to po prostu dodatkowy podatek, na działalnośc misyjną, której nikt nie potrafi zdefiniować, a i tak wszyscy mają ją w dupie (i to po obu stronach barykady).
P.S.3. Aha i przeraszam jeszcze za ewentualne literówki ortografy - pierwszy raz w życiu używałem Libre Office i dopiero jak skończyłem połapałem się, że nie włączyłem sprawdzania pisowni. Niestety oczy już mi się kleją i nie chce mi się poprawiać tego dzisiaj. Może kiedyś, w przyszłości...

„Planeta Spisek” (post odzyskany)

Oryginalnie opublikowany 2006-05-21

Spokojnie, nawiązanie do znanej książki Orsona Scotta Carda dotyczy tylko tytułu. Skąd taki tytuł? Już tłumaczę. Dzisiejsi politycy związani z frakcją rządzącą uwielbiają wręcz szafować określeniami typu: spisek, układ itp. Ponieważ z taką łatwością przychodzi im wymyślanie nowych spisków tak więc i ja spróbuję swych sił w tej konkurencji.

Aby doścignąć niedoścignionych przyjmę podobnie jak oni pewne założenia:
1) uczestnicy spisku zawsze są ludźmi, których się nie lubi,
2) nie potrzeba żadnych dowodów, wystarczą oskarżenia i niedomówienia, jeśli jednak chce się przytaczać jakieś dowody powinny być one albo ewidentnie sfabrykowane, albo stanowić grupę kompletnie ze sobą nie powiązanych zdarzeń, konkret są absolutnie zabronione, gdyż zbyt łatwo je podważyć,
3) wystarczy, aby logika teorii spiskowej była powierzchowna, jednakże jeśli przytacza się dowody wg punktu 2, trzeba zadbać o to, by się ze sobą wiązały, niekoniecznie logicznie,
4) zakazane jest nadawanie oskarżeniom pozorów prawdopodobieństwa,
5) jeśli tylko istniej możliwość stosowania ostrej retoryki, nomenklatury partyjnej, lub dziwnych sformułowań i porównań, należy je stosować,
6) mile widziane są akcenty patriotyczne (oczywiście nasi wrogowie są zawsze agentami obcych mocarstw)
7) jeśli jest to forma pisana, niezbędne staje się stawianie wykrzykników przy co idiotyczniejszych wywodach,
8) motywy powstania spisku powinny być albo niejasne, albo niedopowiedziane, albo niedorzeczne, chociaż najlepiej jest, gdy są przemilczane.
W świetle powyższych założeń ukułem następującą teorię spiskową (dla mniej myślących -wszystko co poniżej stanowi wymysł autora tejże notki).

Agenci wywiadu watykańskiego chcą przejąć Polskę!



Drodzy obywatele rzeczpospolitej trzeciej i trzy czwarte! Chciałbym uczulić Was na pewne fakty z życia publicznego, które jednoznacznie wskazują, że agenci wywiadu watykańskiego, tzw. gwardia szwajcarska, chcą obalić w naszym kraju demokrację i przejąć władzę. Spisek ten istnieje już od roku 966, tak więc od ponad tysiąclecia! Gdy nie powiodło się siłowe przejęcie władzy nad naszym krajem, zawiązano panświatowy (dla mniej oczytanych – takiego słowa chyba nie ma, ale gdyby było, to powinno oznaczać ogólnoświatowy), do którego od początku należeli Niemcy i Czesi, lecz skrycie sterowało nimi państwo kościelne. Co nie udało się Niemcom siłą, Czechom udało się podstępem – zdobyli przyczółki dla watykańskich agentów. Bezczelność Watykanu była tak wielka, że nawet nie próbowano zataić kto jest agentem! Od razu można było rozpoznać takowego po habicie. Dość szybko jednak watykańskim agentom udało się podporządkować sobie gospodarczo Polskę i wprowadzić daninę, dzięki której bogacił się Watykan, ukrywając ją pod nazwą „dziesięcina”.

Do dziś ponosimy konsekwencje watykańskiego spisku. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że uczestniczą w nim też nasi rodacy, chociaż przez zdradę jakiej się dopuścili utracili możliwość nazywania siebie Polakami! Nie tylko chcą za darmo oddać nas pod watykańską okupację, ale też przeprowadzają pranie mózgów na szeroką skalę, które zaczyna się już od szkoły podstawowej pod postacią tzw. „lekcji religii”. Akcja ta, ma na celu zdławić w zarodku ewentualny opór przeciwko zbrodniczej akcji Watykanu! Co gorsza, watykańscy agenci dopuścili się fałszerstwa wyborczego, w wyniku którego pod pozorem legalności ster władzy w Polsce przejęły wrogie Naszemu krajowi siły.

Ponieważ siły te muszą ukrywać, iż w rzeczywistości są watykańskimi agentami, nie mogą odbierać bezpośrednio instrukcji od swoich mocodawców, bo mogłoby to doprowadzić do przedwczesnego ich zdemaskowania, tak więc otrzymują szyfrogramy drogą radiową. Jestem w posiadaniu niezbitych dowodów, których oczywiście w tej chwili nie mogę ujawnić, gdyż groziłoby to destabilizacją państwa, iż radiostacja nadająca szyfrogramy znajduje się w Toruniu. Ponieważ prawomyślni obywatele Polscy mogliby przejąć transmisje w pasmach wojskowych, używają oni pasm cywilnych, które z kolei można odbierać na zwykłych radioodbiornikach. Część dowodów, które mam w posiadaniu, stanowią ekspertyzy niezależnych ekspertów z mojej organizacji, które jasno wskazują, iż instrukcje dla watykańskich agentów przekazywane są za pomocą podprogowego sygnału hipnotycznego. Ten podprogowy sygnał hipnotyczny nie tylko przekazuje informacje watykańskim agentom, ale hipnotyzuje ewentualnych słuchaczy, którzy po nieopatrznym wysłuchaniu bez przygotowania choćby kilku minut transmisji stają się kolejnymi watykańskimi agentami. Oczywiście nie jest to możliwe bez wcześniejszego przeszkolenia, które odbywa się jawnie pod postacią wcześniej wspomnianych „lekcji religii”.

Aby zmylić tych prawomyślnych obywateli naszego kraju, którzy już dawno pojęli prawdę o watykańskim spisku, zostaje zaserwowana nam bezlitosna propaganda, jakoby radiostacja nadająca szyfrogramy nie była bezpośrednio powiązana z watykańską mafią! Ale jestem w posiadaniu teczek, których ze względu na bezpieczeństwo narodowe nie mogę w tej chwili ujawnić, które niezbicie wykazują, że tak właśnie jest.

Na szczęście moim niezależnym ekspertom udało się ustalić, że siła przekazu podprogowo hipnotycznego ostatnio bardzo spadła. Dlatego właśnie do Polski, prawdopodobnie pod koniec maja, przyjeżdża naczelny koordynator tej akcji, aby przy pomocy tajnych, kosmicznych technologii, w których posiadanie Watykan wszedł ponad 500 lat temu, a za wszelką wiedzę o nich palił nieszczęśników na stosach, które przywrócą owemu przekazowi jego pierwotną siłę.

Nie można dopuścić do tego, aby Polska kolejny raz utraciła swą krwawo wywalczoną niepodległość na rzecz kolejnego, podstępnego okupanta!

P.S. Notkę tą chciałby zadedykować politykom LPR ze szczególnym uwzględnieniem posła Wierzejewskiego, politykom Samoobrony ze szczególnym uwzględnieniem A. Leppera, oraz posłom PiS ze szczególnym uwzględnieniem panów Gosiewskiego, J. Kaczyńskiego, oraz Ziobry.

Wybrałem się do prywatnego szpitala, żebyście wy nie musieli

Odzywam się po przerwie. W sumie co się dzieje w kraju i za granicą to chyba wszyscy wiedzą, nie ma więc sensu tutaj kolejny raz tego przypo...